Zbiórki

Marcelina Pach, Łódź

Na tę chwilę wstrzymuję zbiórkę. Dziękuję wszystkim darczyńcom!

Witam, nazywam się Marcelina Pach i w kwietniu 2016 roku zachorowałam na raka lewej piersi. Nie trzeba nikomu pewnie mówić, że to paraliżująca wiadomość, ale jednocześnie wiadomość, która pcha do natychmiastowego działania. Najważniejsza była dla mnie decyzja w sprawie wyboru lekarza i postawienie sobie celów/drogi do wyleczenia. Rokowania od samego początku były dobre, choć droga do wyleczenia długa i ciężka. W tej chwili jestem po chemioterapii i mastektomii całkowitej, gdyż niestety po mastektomii podskórnej pojawiły się problemy i pierś trzeba było usunąć. Później przeszłam pięciotygodniową radioterapię, która bardzo osłabiła mój organizm i spowodowała przykurcz mięśni w klatce piersiowej i ból ręki, która nie jest w 100% sprawna. Dlatego czeka mnie rehabilitacja, którą już rozpoczęłam. Dzięki Państwa pomocy uda mi się odzyskać pełną sprawność fizyczną, bo radość i chęć życia mnie nie opuszcza! Bardzo dziękuję z głębi serca!

39 778 zł z 30 000 zł
132%
Marzanna Giemza, Pionki

Udało się zebrać potrzebną kwotę.

Dziękujemy za wpłaty! Cel zbiórki został osiągnięty. **************************************************************************************** Witam! Mam na imię Marzanna. Mam 48 lat. Jestem mężatką, mamą 18-letniej Magdy i 24-letniego Piotra. Mieszkam w niewielkim miasteczku Pionki koło Radomia, a pracujęjako inżynier budownictwa i spełniam się zawodowo. Regularne kontrole i badania nie ustrzegły mnie przed katastrofą. Uśpiły tylko moją czujność. W kwietniu 2014 roku zdiagnozowano u mnie złośliwego raka piersi. Mój przeciwnik to carcinoma invasivum z receptorami Her 3+. Szok i niedowierzanie, a potem w miarę upływu czasu oswajania się z faktami, lęk, strach i rozgoryczenie. Wielu z nas zna ludzi umierających w cierpieniu z powodu raka. Za co? Dlaczego? Rozpoczęło się trudne i długie leczenie. Po pierwszej chemii ja i moja rodzina zrozumieliśmy, do jakiego stopnia zmieniło się nasze życie. Chemia bardzo mnie sponiewierała. Potem operacja, naświetlania, leczenie trzema różnymi lekami. Ponad dwa lata jeżdżenia do Świętokrzyskiego Centrum Onkologii w Kielcach co trzy tygodnie, a nawet i częściej. Było ciężko, ale warto, bo czułam się dobrze. Badania kontrolne nie wskazywały, że coś złego się dzieje w moim ciele. Gdy już ja i moja rodzina myślami byliśmy przy wigilijnym stole okazało się, że wróg powrócił. Tym razem przerzut do wątroby. Rozpoczynam ponowną walkę. Zakwalifikowałam się do udziału w programie badań klinicznych, dzięki temu będę otrzymywać za darmo nowoczesne leki. Lekarz prowadzący badanie kliniczne powiedział, że to było ostatnie miejsce… Może to znak od Boga… Teraz będę jeździć na kroplówki co trzy tygodnie do Warszawy. Oprócz stresu spowodowanego chorobą i niepewnością jutra dochodzą jeszcze obciążenia finansowe związane z dojazdami, zakupem różnych leków, konsultacjami ze specjalistami i dodatkowymi badaniami. Pragnę zebrać środki na metody wspomagające działanie leków, na dojazdy i konsultacje u specjalistów oraz zakup leków często odpłatnych w stu procentach. Jeden zabieg nagrzewania wątroby kosztuje 780 zł. Nie wiem jeszcze, ile takich zabiegów będę potrzebowała. Mam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, miejsc do odwiedzenia, chcę towarzyszyć moim dzieciom w dorastaniu i usamodzielnianiu się... Z Bożą i Państwa pomocą może to się udać. Dziękuję za wsparcie finansowe i modlitwę.

109 749 zł z 50 000 zł
219%
Ewelina Żychlińska, Warszawa

Wszystkim darczyńcom serdecznie dziękuję! Udało się osiągnąć cel!

Wszystkim darczyńcom serdecznie dziękuję! Udało się osiągnąć cel! Na chwilę obecną proszę o nieprzekazywanie darowizn. -------------------- Jeszcze w lutym zeszłego roku moim głównym zmartwieniem był rosnący kurs Euro w racie kredytu mieszkaniowego. Takie problemy ma większość z nas. Kombinujemy wtedy, jak sprawić, żeby zeszły na dalszy plan. Tymczasem ja pracuję nad tym, żeby rosnący kurs Euro znów zagrał główną rolę w moim życiu. Bo niestety, to cozajęło jego miejsce jest… czymś trochę poważniejszym. Zaczęło się od pieprzyka na plecach, który przez długi czas rósł i zmieniał kolor. Zdobyłam się na odwagę i poszłam do lekarza bo czułam, że jest to chyba coś poważniejszego niż tylko głupi pieprzyk. W marcu 2016 roku dostałam diagnozę – czerniak guzkowy skóry, złośliwy. Wtedy mój pieczołowicie ułożony stosik priorytetów, zadań i marzeń runął z hukiem, który był jednocześnie pierwszym wystrzałem w wojnie, która właśnie rozpoczęła się w moim ciele. Odsunęłam wszystkie inne sprawy na boczny tor i skupiłam się na walce. I wiecie co? Pierwszą bitwę wygrałam! Po kwietniowej operacji docięcia skóry na plecach oraz wycięcia węzła wartowniczego przyszedł wynik: jestem zdrowa! Czułam, że dostałam drugą szansę od życia. Byłam szczęśliwa. Po pół roku, w październiku przyszedł wynik tomografii komputerowej, który musiałam zrobić jako badanie do regularnej kontroli mojego stanu zdrowia. To co było napisane dosłownie zwaliło mnie z nóg – czerniak uderza ze zwielokrotnioną siłą, z przerzutami do płuc, liczne guzki podskórne, a ostatnio zaatakował oko. Żyć mi się odechciało, kiedy to usłyszałam, chociaż bardzo chcę żyć. Wracając do zmartwień... Mam to swoje wielkie zmartwienie. Nikt nie wie, jak długo będę walczyć i kto wygra. Najprawdopodobniej czeka mnie trudna i długa droga, wiele konsultacji, może leczenie za granicą. I tutaj pojawia się nowy problem: pieniądze. To, co najtrudniejsze w chorobie dla mnie to chyba właśnie proszenie o pomoc, o wsparcie finansowe, bo tym razem nie dam sobie rady sama. Jedyne, co mam w tej chwili to duże poczucie humoru i ludzi wokół, za których pomoc jestem niezmiernie wdzięczna. Pomoc Alivii jest dla mnie niewyobrażalnie ważna. Bez niej nie wiedziałabym nic. To z tego źródła wiem, że będę potrzebować pieniędzy na kosztowne konsultacje, leki, być może z zagranicy. Nadal jeszcze niewiele wiem. To co mogę teraz zrobić to dobrze przygotować się do walki o moje życie. Proszę Was o pomoc. Będę za nią wdzięczna z całego serca, bo bez Waszego wsparcia mogę nie dać rady przejść tej drogi. Za każdy rodzaj wsparcia z całego serca dziękuję.

50 241 zł z 50 000 zł
100%
Ewa Cal, Ostrzeszów

Na ten moment zawieszam zbiórkę. Dziękuję!

Na ten moment zawieszam zbiórkę. Dziękuję! --- Witam, mam na imię Ewa. Mam 52 lata, męża, dwoje dorosłych dzieci i 3,5-letnią wspaniałą wnusię. Zachorowałam w 2009 roku. W pełni zdrowa i silna, pełna życia kobieta nagle zamieniła się w bezsilną. Diagnoza była okrutna, rak jajnika. W trakcie pierwszej, bardzo rozległej operacji wycięto mi część jelita, otrzewną, wyrostek. Gdy organizm doszedł do siebie po operacji, zastosowano u mnie chemioterapię - bardzo wierzyłam, że to koniec mojej przygody z rakiem. Niestety były następne chemie, a w 2014 roku kolejna operacja, tym razem węzłów chłonnych pachowych prawej ręki. Od tego czasu cierpię z powodu zbierającej się chłonki, która wymaga ciągłego drenażu limfatycznego, aby utrzymać sprawność ręki. Masaże w profesjonalnych gabinetach są pomocne, niestety żeby dawały odpowiednie rezultaty, muszą być wykonywane codziennie (czasem kilka razy), wiąże się to z ogromnymi kosztami finansowymi. Najlepszą opcją, zdaniem lekarza prowadzącego, byłoby posiadanie urządzenia do drenażu limfatycznego w domu. Koszt takiego sprzętu nie jest mały i wynosi ok. 2500 zł. Obecnie jest to dla mnie kwota nieosiągalna, przez co borykam się z częstymi zastojami limfy i bólami ręki, które nierozmasowane i nieleczone mogą doprowadzić nawet do zakrzepicy. Podczas chemii czwartego rzutu w 2016 miałam dwa wstrząsy anafilaktyczne i konieczna była reanimacja i szybka zmiana chemii. We wrześniu 2017 r. potwierdziły się moje najgorsze obawy i lekarz prowadzący wykrył nowe przerzuty. Konieczne było zastosowanie kolejnego cyklu chemii. Mimo to wciąż wierzę, że ta walka skończy się dla mnie zwycięstwem. Moja codzienność to nie tylko walka z nowotworem. Choruję również na nadciśnienie tętnicze, astmę, niedosłuch (który się pogłębia po każdym cyklu chemii). Leczenie cystostatykami spowodowało u mnie neutropenię, co objawia się silnymi bólami stawów i mięśni. Aby utrzymać mój organizm w dobrej formie, przyjmuję sporą dawkę leków. Moja renta jest zbyt niska i czasem stoję przed ciężkim wyborem, leki czy odpowiednia dieta. Aktualnie doszły jeszcze dojazdy do szpitala, mam do pokonania ponad 180 km w jedną stronę. Dodatkowo diagnostyka, konsultacje i badania, wszystko po to, aby leczenie było trafione i dało najlepszy rezultat. Przez te wszystkie lata walczę, bo wierzę, że w końcu „lokator” się „wyprowadzi” na dłużej, a może na zawsze? Mam dla kogo żyć - dla kochającej rodziny i dla mojego „małego słoneczka”, żeby jak najdłużej słyszeć: „Niespodzianka, to ja Lila”. Dzięki wpłatom od dobrych ludzi zakupiłam już nowy aparat słuchowy, który ułatwia mi kontakt ze światem. Chciałabym jeszcze zebrać fundusze na zakup sprzętu do drenażu limfatycznego i móc odzyskać namiastkę normalności w trakcie i po leczeniu. Niestety sprzęt ten jest dla mnie w tej chwili marzeniem. Przez te wszystkie lata dawałam radę i nikogo nie prosiłam o pomoc. Dziś wiem, że muszę, żeby jak najdłużej rak nie wrócił. Za każde choćby najmniejsze wsparcie - DZIĘKUJĘ!

7 875 zł z 20 000 zł
39%
Dariusz Soboń, WROCŁAW

Darek walczy z glejakiem i zbiera na leczenie za granicą

Witajcie! Mam na imię Darek i mam 44 lat. Niedawno dowiedziałem się, że życie chce mi uciec. Guz mózgu zdecydował, że zabierze mnie mojej rodzinie, a Oni są dla mnie wszystkim! Od 25 lat mieszkam we Wrocławiu, jednak oboje z żoną pochodzimy z Bytomia Odrzańskiego. Mamy 14-letniego syna Kubusia. Dla nich chcę walczyć! Początki choroby to częste bóle głowy i senność. Prawdę mówiąc zbagatelizowane, bo wielu z nas ma takie symptomy, chociażby migrenowe. Kolejnym sygnałem było podwójne widzenie po przeprowadzonym zabiegu septoplastyki. Szybki rezonans wykazał duży guz wielkości cytryny. Kolejne badania i biopsja potwierdziły - glejak wielopostaciowy IV stopnia. W wakacje podjęliśmy walkę! Operację przeszedłem w gdańskim Copernicusie w połowie sierpnia, niestety nie można było "złośliwca" wyciąć w całości. Postanowiono dobić go tzw. terapią skojarzoną poprzez radio i chemioterapię. Przyjmowałem chemioterapię w cyklach miesięcznych przez pół roku. Jednak jak wszyscy, których dotknęła ta paskudna choroba, postanowiłem szukać innych rozwiązań walki z moim największym wrogiem. Jesteśmy już na etapie konsultacji medycznych i kwalifikacji w zagranicznych placówkach, gdzie są oferowane innowacyjne metody walki z tym schorzeniem, a niedostępne w Polsce. Jest to dla mnie duża szansa. Wiemy, że koszty tych terapii są nieosiągalne dla przeciętnie żyjących rodzin, dlatego bardzo proszę Państwa, aby wspomogli mnie i moją rodzinę w tej najcięższej dla nas próbie. Za każdą złotówkę będziemy bardzo wdzięczni. Dzięki Państwu będę miał szansę dalej żyć dla swojej rodziny i wszystkich bliskich mi ludzi. Darek

130 770 zł z 250 000 zł
52%
Anna Olech, Lwówek Śląski

Udało się ustabilizować sytuację!

Szanowni Darczyńcy, jestem ogromnie wdzięczna za Wasze wsparcie! Ponieważ sytuacja jest stabilna i obecnie nie potrzebuję środków, proszę na ten moment o nieprzekazywanie darowizn. ………………………………………………………..***…………………………………………………………. Mam na imię Ania i mam 40 lat. Jestem mamą dwóch wspaniałych chłopców (10 i 13 lat), których wychowuję sama. W październiku 2016 r. otrzymałam wyniki histopatologii, okazało się że choruję na raka i jest to mięsak maziówkowy. Jedyna klinika lecząca ten rodzaj nowotworu znajduje się w Warszawie. Każdorazowy wyjazd do Warszawy (500 km) to dla mnie ogromny wydatek (ok. 400zł). Obawiam się, że nadejdzie dzień, kiedy nie pojadę na leczenie, bo zabraknie mi środków finansowych. Mam szansę pojechać na leczenie do Kliniki w Niemczech, jednak koszt terapii to 7300 euro plus dojazd, co zdecydowanie przekracza moje możliwości finansowe. Wciąż potrzebuję pomocy, codzienne koszty związane z chorobą, dojazdy do Warszawy, leki, konsultacje i inne wydatki są bardzo duże. Wszystkim Darczyńcom serdecznie dziękuję!

67 699 zł z 35 000 zł
193%
Małgorzata Lemanowicz, Słupsk

Gosia potrzebuje drogiego leku, by wygrać walkę z białaczką

Mam 54 lata. Jestem szczęśliwą matką dwóch dorosłych córek oraz żoną opiekuńczego męża. W 2009 roku zdiagnozowano u mnie przewlekłą białaczkę limfocytową. Potocznie nazywa się ją białaczką ludzi starszych, ponieważ najczęściej diagnozuje się ją w 60 - 70 roku życia. Niestety, jestem przypadkiem nietypowym i choruję na ten rodzaj nowotworu złośliwego od 41 roku życia. Mój organizm jest bardzo oporny na leczenie i zazwyczaj reaguje zupełnie inaczej niż lekarze, by tego chcieli. W pierwszych 4 latach nie było wskazań do rozpoczęcia leczenia, jednakże 9 maja 2013 roku mój stan znacznie się pogorszył. Wyniki morfologii wykazały bardzo wysoki poziom leukocytów, a węzły chłonne mocno się powiększyły. Właśnie wtedy lekarze postanowili rozpocząć leczenie chemioterapią. Po każdej dawce leku czułam się coraz lepiej, znowu mogłam wrócić do pracy, którą uwielbiam. Można powiedzieć, że nią żyję! W międzyczasie musiałam pojawiać się w szpitalu na transfuzjach krwi z powodu spadku hemoglobiny. Jednak rok temu wszystko się zmieniło. W wakacje trafiłam do szpitala w stanie bardzo ciężkim... Lekarze nie wiedzieli, czy mnie uratują. Nie byłam w stanie podnieść się z łóżka, codzienne silne bóle i wysokie temperatury nie pozwalały mi normalnie funkcjonować, byłam bliska śmierci i straciłam wszelką nadzieję. Na szczęście - jak widać - lekarzom przy wsparciu pielęgniarek i psychologa udało się mnie uratować, za co bardzo im dziękuję!!! Straciłam włosy, co jest bardzo ciężkim przeżyciem dla kobiety. Nie mogłam przekonać się do noszenia peruki. Wydawało mi się, że wszyscy na mnie dziwnie patrzą, mimo że dzieci uważały, że bardzo ładnie w niej wyglądam. Udało mi się to przetrwać. Aż w październiku 2016 roku wszystko wróciło: wzrost limfocytozy, ograniczenie aktywności fizycznej, gorączki, potliwości, spadek masy ciała, organy wewnętrzne i węzły chłonne bardzo mocno się powiększyły. Gdy córka przyjechała mnie odwiedzić z drugiego końca Polski, nie byłam w stanie się z nią przywitać. Kolejny raz spędziłam na izolatce w szpitalu dwa miesiące. Lekarze zastosowali kolejne leczenie. Gdy wszystko szło w dobrą stronę i miałam nadzieję, że wyjdę już ze szpitala do domu, zaczęły się problemy... Niewiele nawet pamiętam... Wdała się infekcja bakterią E.coli i poważne powikłanie zakrzepowo-zatorowe żyły szyjnej. Byłam w stanie bardzo ciężkim. Lekarze poinformowali mnie, że nie mogą już mnie leczyć chemioterapią i wyczerpano możliwości terapii dostępne w Polsce. Abym mogła żyć, muszę codziennie zażywać nowoczesny lek. To przełomowy lek w medycynie - ibrutinib. Nazywa się go również ZŁOTĄ TABLETKĄ, ponieważ pozwala ciężko chorym ludziom na białaczkę normalnie funkcjonować. Po odstawieniu tego leku następuje gwałtowny nawrót choroby i brak szans na życie. Dzięki pomocy lekarzy otrzymałam lek na 3 miesiące, ale terapię trzeba kontynuować. Miesięczny koszt leczenia tabletkami w Polsce wynosi 35 000 zł. Mimo że w maju 2018 r. lek wszedł na listę refundacyjną, ja nie kwalifikuję się do programu lekowego. Teraz czuję się lepiej! W końcu jestem w moim rodzinnym domu, mogę chodzić na spacery, spotykać się ze znajomymi i choć na chwilę zapomnieć o tym, że jestem ciężko chora. A co, gdy skończę terapię tym lekiem? Wtedy moje życie również się skończy... Nie pozwólcie odliczać mnie i mojej rodzinie dni do końca życia. Pozwólcie mi nie martwić się o przyszłość!

132 651 zł z 420 000 zł
31%
Aneta Łukasiewicz, Podbrzezie Dolne

Aneta chce żyć dla swojej dorastającej córki.

Witam wszystkich, mam na imię Aneta i do niedawna byłam jak każdy z Was. Pracowałam w firmie imimo natłoku obowiązków, kiedy ktoś potrzebował pomocy, nie odmawiałam. Jestem osobą pełną życia, energii, planów na daleką przyszłość, twardo stąpająca po ziemi i miałam nieodparte wrażenie, że panuję nad swoim życiem. W ciągu jednej nocy, 16 października, świat runął jak domek z kart. Podejrzewałam od dawna, że coś jest nie tak. W 2014 roku miałam wycięcie nowotworu nabłonkowego na twarzy z prawej strony, ale nie był złośliwy. Lekarze powiedzieli, że to nic takiego. Później, w 2015 przeszłam zapalenie węzłów i wycięcie guzka z prawej strony w szyi. Mimo operacji stan zapalny utrzymywał się. Po chwili spokoju od października 2015 do czerwca 2016, z powrotem zaczął się stan zapalny. Aż tu nagle w nocy 16 października ogromny ból głowy. Jestem wytrzymała, ale on mnie pokonał. Mąż zawiózł mnie do szpitala. Okazało się, że ciśnienie mam wysokie - 200/130. Lekarze po wykonaniu TK podejrzewali tętniaka. Zadecydowano, by pozostawić mnie na oddziale i zrobić rezonans. Po wykonaniu badania okazało się, że to guz mózgu z prawej strony płata czołowo-skroniowego. Od momentu otrzymania opisu pani ordynator zaczęła szukać lekarza, który podejmie się operacji lub biopsji. Doktor z Zielonej Góry podjął się operacji. Guza wycięto w całości. Po dokonaniu badań przyszedł czas na diagnozę. Dzięki ogromnemu wsparciu przyjaciół, rodziny i pracodawców postanowiłam się nie podawać i żyć normalnie. Gdy przeczytałam diagnozę - Astrocytoma anaplasticum III stopień złośliwości, świat mi się zawalił. Mam trzynastoletnią córkę, chciałabym zobaczyć jak dorasta, jak idzie na studia, staje na ślubnym kobiercu i tu mi się przypomina tekst mojego dobrego znajomego: ”powiedz lekarzowi, że ty masz termin...'' Zawsze miałam wszystko poukładane kilkanaście miesięcy do przodu. W jednej chwili kompletnie się załamałam. Nie zobaczę tego wszystkiego, choć jestem bardzo silna. Niejedno w życiu przeszłam, między innymi chorobę i leczenie farmakologiczne męża na zapalenie wątroby B,C. Leczenie się powiodło, wygrał swoją walkę o życie, chociaż ta choroba nie wiązała się z tak wysokimi kosztami. Jestem silna i w drugiej dobie po operacji już chodziłam, na trzeci dzień nie potrzebowałam leków przeciwbólowych, ale ta walka jest nierówna. Guz może wszystko, a ja nic. Czekam na przyjęcie do szpitala na 6 tygodni - podanie chemii i radioterapii. Od tego jak poradzi sobie mój organizm zależy, czy będę mogła uczestniczyć w kolacji wigilijnej. Mam nadzieję, że będzie dobrze. Chcę wykorzystać każdą szansę na zatrzymanie guza, także z wykorzystaniem metod i leków niedostępnych w Polsce. Moja Rodzina i Przyjaciele bardzo nam pomagają, jednak niestandardowe terapie są dla nas nieosiągalne finansowo. Życie bardzo się zmienia w zderzeniu z tak straszną chorobą, podobnie człowiek - nie jest łatwo wytrwać w pozytywnym nastawieniu, mając świadomość uciekających dni. Bardzo chcę spędzić kolejne Święta z rodziną i patrzeć jak dorasta moja córka.

26 701 zł z 50 000 zł
53%
Marcin Jończyk, Łódź

Pomóż wygrać walkę z nowotworem mózgu

Nazywam się Marcin Jończyk, mam 34 lata, mieszkam w Łodzi z moją żoną i 5-letnią córeczką Kalinką oraz niedawno narodzonym synem Kamilem. W listopadzie 2016 roku zdiagnozowano u mnie złośliwego guza mózgu. W jednej chwili moje życie się zmieniło. Z wielu planów muszę zrezygnować. Jednak nie zamierzam się poddawać i będę walczyć do końca... Mam dla kogo żyć, chciałbym patrzeć, jak moja córka rośnie i mieć możliwość uczestniczenia w najważniejszych momentach jej życia. Brzmi to bardzo banalnie, ale prawdą jest to, że w obliczu choroby zupełnie inaczej patrzy się na życie. Dopiero po takiej wiadomości docenia się wartość zwykłych, codziennych chwil. Mój guz został usunięty, a obecnie jestem leczony radioterapią i chemioterapią. Jednak prawdopodobieństwo całkowitego wyleczenia jest znikome, natomiast guz w każdej chwili może odrosnąć. Przede mną jeszcze długie leczenie. Obecnie największe nadzieje pokładam w terapii NanoTherm w Berlinie, której koszt wynosi około 200 tysięcy złotych. Dodatkowe koszty to leki, dojazdy oraz prywatne konsultacje lekarskie. Wraz z rodziną poszukuję różnych innych sposobów leczenia. Niestety są one jeszcze bardziej kosztowne, a żadna z tych metod nie daje mi gwarancji wyzdrowienia. Bardzo Was proszę o wsparcie w zbieraniu funduszy na leczenie u specjalistów, ponieważ to może uratować mi życie.

174 590 zł z 200 000 zł
87%
Teresa Wytwer, Szczytno

Chciałabym wciąż cieszyć się słowami: „Babciu, jesteś taka kochana..."

Raka jajnika zdiagnozowano u mnie 6 lat temu. Przeszłam 3 bardzo poważne operacje onkologiczne i 43 chemie. Leczenie jest coraz trudniejsze. Organizm stawia opór. W styczniu 2023 roku rozpoczęłam kolejną linię chemioterapii tym razem tzw. "chemią czerwoną". Czy pomoże? Czas pokaże. Ja jednak nie tracę nadziei. Jestem silna i nie poddam się. Bardzo dziękuję wszystkim za nieocenioną dotychczasową pomoc, która pozwala mi sfinansować koszty badań i konsultacji lekarskich. Jednocześnie bardzo proszę o dalsze wsparcie w leczeniu raka. Ja wciąż chcę słyszeć od Wnucząt "Babciu jesteś taka kochana". Dla Ciebie to tylko 1,5% dla mnie to moje życie. Dziękuję ❤️

26 743 zł z 30 000 zł
89%
Aneta Kuśmierska, Częstochowa

Moja córeczka potrzebuje zdrowej mamy!

Witam serdecznie, nazywam się Aneta Kuśmierska, mam 40 lata, jestem mamą 15-letniej Roksanki, dla której chciałabym żyć jak najdłużej.Od lutego 2015 bolała mnie głowa. Bóle nasilały się do tego stopnia, że traciłam przytomność. Szukałam pomocy u lekarzy, którzy odsyłali mnie do laryngologa i stomatologa, bagatelizując moje objawy. W maju 2015 roku po kolejnej utracie przytomności rodzina wezwała pogotowie, które przewiozło mnie na SOR, gdzie po badaniu TK głowy wykryto guza mózgu wielkości jabłka (6,8 x 5,6 x 5,2 cm). Parę dni później po konsultacji lekarzy zostałam poddana operacji w Centrum Zdrowia Matki i Dziecka w Łodzi celem jak najszybszego wycięcia olbrzymiego guza zagrażającego życiu. Ze szpitala wychodziłam z wielką nadzieją, która rozwiała się po upływie 3 tygodni. Badania histopatologiczne wykazały, że nowotwór jest złośliwy - glejak wielopostaciowy IV stopnia. W lipcu rozpoczęłam leczenie chemioterapią połączoną z radioterapią. Otrzymałam 30 naświetleń prawego płata czołowego głowy. W szpitalu spędziłam prawie 3 miesiące. Kolejną chemię dostawałam od września 2015 do stycznia 2016. Po kontrolnym rezonansie magnetycznym głowy badanie wykazało obrzęk wielkości 4,0 x 3,7 x 3,4 cm. Mimo dotychczasowego leczenia utrzymuje się nadal, ponieważ lekarze nie byli wstanie usunąć go w całości. Mój organizm, mimo dużej siły, był mocno osłabiony, nie byłam w stanie chodzić. Ataki bólu, które wykręcały mi stawy rąk i nóg, stany duszności, bóle serca, utraty świadomości powodowały, że z każdym dniem żegnałam się z życiem, bliskimi i moją ukochaną córeczka... Kiedy leżałam w szpitalu, wykryto u mnie również dużą zmianę na wątrobie. Lekarze w Polsce załamywali ręce nie dając mi nadziei, dlatego postanowiłam poszukać pomocy za granicą. Obecnie jestem na rencie chorobowej, która wynosi 800 zł. Mój stan zdrowia, mimo silnej woli walki i przeżycia, całego optymizmu, wiary w Boga, jest na tyle niepewny, że chciałabym dalsze leczenie kontynuować w Niemczech w Klinice Meo Clinic, które zwiększyłoby moje szanse na poprawę zdrowia. Dzięki ludziom dobrej woli, czyli Wam miałam możliwość odbycia dwóch wizyt w wyżej wymienionej Klinice. Profesor Siegfried Vogel rozpoczął kurację, na której tak bardzo mi zależało. Niestety skutkiem ubocznym jest duża nadwrażliwość całego organizmu na wysoką temperaturę, słońce, gorąco i zimno.Przepisanych zostało mi jak na razie 800 tabletek, biorę 12 dziennie, leki skończą się pod koniec lipca. Przed każdą wizytą muszę mieć wykonany rezonans magnetyczny głowy, niestety terminy na NFZ są odległe, więc badanie jestem zmuszona wykonywać odpłatnie. Łączna suma wyjazdu (dojazd, rezonans magnetyczny głowy, opłata za wizytę, leki) to 500 PLN paliwo + rezonans 480 PLN + 488 EURO (ok.2,050 PLN) czyli 3,000 złotych. Niestety przy moich obecnych dochodach z renty chorobowej, bez oszczędności moich oraz rodziny, nie będę miała możliwości kontynuacji leczenia w Berlinie. W związku z tym został zwiększony cel zbiórki, abym miała możliwość w pełni dokończyć sposoby leczenia, jakie zostaną mi jeszcze zaoferowane u profesora Vogla, dając optymizm, siłę na dalszą walkę, której czasami już mi brakuje. Dodatkowo odbywam kontrolne wizyty związane z moją wątrobą, za kilka tygodni będę miała wykonany rezonans magnetyczny jamy brzusznej celem określenia faktycznego stanu zmian na wątrobie. Zwracam się do Was Kochani o pomoc, o przekazanie każdego grosza. Los pozbawił mnie szansy na długie i szczęśliwe życie bez zmartwień, za to dał mi ciężką chorobę i niewielką szansę na jej pokonanie. Proszę zwiększcie moje szanse. Każda nawet najmniejsza wpłata daje mi możliwość walki, nie tylko dla siebie, ale również, a może przede wszystkim dla mojej córeczki, która potrzebuje matki. Kochani dziękuje za każdą wpłatę, nawet najmniejszą, najdrobniejszą! Z całego serca dziękuję, wierzę w to, że dobro dane zostaje oddane.

44 432 zł z 50 000 zł
88%
Katarzyna Kudelska, Łeba

Kasia od ponad 15 lat zmaga się z glejakiem

Witam Wszystkich serdecznie! Jak już wiecie, mam na imię Kasia i mam 46 lat. Nadal jestem wesołą i komunikatywną osobą, po której nie widać, że od 2008 roku zmaga się z glejakiem, najgorszą jego odmianą. Przeszłam trzy operacje. W 2009 roku dwie i trzecią w 2016 roku, a także radio- i chemioterapię. Ostatni guz był wielkości cytryny (stopień 4, otoczony stopniem 3). Moje wyniki są względnie dobre! W 2021 roku, jakby glejaka było mało, zaczęłam strasznie puchnąć i miałam niewydolność oddechową. Po zrobieniu echa serca w trybie pilnym wylądowałam na oddziale kardiologicznym. Lekarze zgodnie stwierdzili, że przeszłam Covid bezobjawowo... Musiałam również zrobić RM serca i przy niewydolności oddechowej to było najgorsze badanie, jakie przeżyłam. Po 6 dniach pobytu w szpitalu wyszłam 11 kg lżejsza. A teraz neurolog, neurochirurg, kardiolog, onkolog i pulmonolog, wizyty na ten rok już zaplanowane. Pojawiło się w moim życiu całe mnóstwo leków, które muszę brać na stałe!!! Kogo jak nie Was Kochani mogę prosić o najmniejsze nawet wpłaty lub też 1,5%?Wciąż się uśmiecham i nie widać choroby, bo przecież tego co mam w głowie, sercu i płucach nie widać... Z całego serca dziękuję, Wasza Kasia

103 857 zł z 40 000 zł
259%