Zbiórki

Anna Kurnatowska, Poznań

Zamiast pierwszych kroków synka, odliczałam krople chemii. Moja walka o życie dla dwójki dzieci.

Grudzień 2024 roku. To wtedy świat stał się kompletny – urodziłam naszego wymarzonego synka. Dom był pełen śmiechu starszej córki, zapachu niemowlęcia i tej niezwykłej sielanki, którą zna tylko kochająca się rodzina. Myślałam, że mamy przed sobą całe życie. Sielanka trwała tylko do 7 lipca 2025 roku. Zaczęło się niewinnie. Kaszel, duszności, osłabienie. Myślałam: „To tylko wstrętne przeziębienie, które córka przyniosła z przedszkola”. Ciało z każdym dniem odmawiało posłuszeństwa, ale wstawałam dla nich. Jedyną motywacją były moje dzieci – ubrać je, nakarmić, przytulić. To one dawały mi siłę, gdy moje wyniki krwi były już na granicy przeżycia. Kiedy trafiłam na SOR, lekarz patrzył na wyniki z niedowierzaniem. Świat stanął w miejscu: ostra białaczka szpikowa. Kolejnego dnia byłam już w szpitalu, podpięta pod kroplówki. Moje życie zamieniło się w bolesny cykl: chemia, dreszcze, wymioty i ratujące życie przetoczenia krwi oraz płytek, które stały się moją codziennością. Bez krwi od obcych ludzi nie byłoby mnie tu dzisiaj. Moje życie zamknęło się w sterylnej sali. Pierwszy pobyt trwał prawie 40 dni. Przerwy między chemiami wynosiły zaledwie dwa tygodnie – to były moje „małe święta”, czas, kiedy mogłam nacieszyć się zapachem dzieci, zanim znów musiałam wrócić na oddział. Najbardziej bolesny był grudzień 2025. Kiedy cały świat stroił choinki i zasiadał do wigilijnego stołu, ja byłam w całkowitej izolacji. W same Święta Bożego Narodzenia podawano mi wyniszczającą chemię, która miała przygotować mój organizm na nową szansę. Zamiast dzielić się opłatkiem z mężem i dziećmi, mogłam jedynie płakać do ekranu telefonu, walcząc z nudnościami i bólem. 29 grudnia, tuż przed Sylwestrem, odbył się przeszczep szpiku. To był mój najważniejszy dzień – dzień moich drugich narodzin. Choroba uderzyła w całą naszą rodzinę. Aby mnie chronić, dzieci przestały chodzić do przedszkola i żłobka. Mąż musiał zrezygnować z dotychczasowej pracy, by przejąć opiekę nad domem. Patrzyłam w lustro i nie poznawałam siebie – bez włosów, z poparzoną od chemii skórą, wyniszczona bólem. Ale wiedziałam, że muszę przeżyć. Dla synka, który jeszcze nie rozumie, dlaczego mamy nie ma w domu. Dla córki, która każdego dnia pyta, kiedy wrócę. Dziś jestem już po przeszczepie, ale droga do zdrowia jest wciąż długa i bardzo kosztowna. Skutki zabiegu odczuwam w każdej minucie, a przede mną miesiące drogiego leczenia, rygorystyczna dieta i rehabilitacja, która ma przywrócić mi siły do bycia mamą. Proszę Cię o pomoc. Moim jedynym marzeniem jest być przy moich dzieciach i mężu. Jeśli możesz przekazać mi swoje 1,5% podatku lub wpłacić dowolną darowiznę, podarujesz mi szansę, by przyszłe Święta spędzić już w domu, trzymając dzieci za ręce. Dziękuję za każde serce i każdą pomoc.

5 410 zł z 50 000 zł
10%
Sebastian Kowalski, Białystok

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że Sebastian odszedł...

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że Sebastian odszedł... Składamy szczere wyrazy współczucia jego rodzinie i bliskim, Zarząd Fundacji Alivia. Zbiórka Sebastiana została zamknięta. Prosimy nie przekazywać darowizn na ten cel. ………………………………………………………..***…………………………………………………………. Zaczęło się niewinnie od bólu brzucha w trakcie jazdy na rowerze do pracy. Córka po zobaczeniu w jakim stanie jestem, zaciągnęła mnie do szpitala. Na SORze po pierwszych badaniach wyszło podwyższone CRP i zostałem wypisany do domu z antybiotykiem. 4 dni później trafiłem ponownie na SOR. CRP było bardzo wysokie, dlatego zostałem skierowany na TK brzucha i przyjęty na oddział urologii w szpitalu Śniadecja. Pierwsze badania na oddziale pokazały, że choruję na raka jądra. Po około tygodniu od diagnozy została przeprowadzona orchidektomia prawostronna. W międzyczasie zostały zdiagnozowane przerzuty na płuca i węzły chłonne. Od 5 sierpnia przyjmowałem chemię BEP, serię po 5 dni z przerwami. W trakcie przerw miałem "dolewki" jednodniowe - ostatnią przyjąłem 21 września. 14 grudnia dostałem pierwszego napadu padaczki. Z tego co mówiła mi rodzina, nie byłem kontaktowy, zapomniałem daty, imion wnuków i męża mojej córki, sparaliżowało mi prawą stronę. Zostałem zabrany ponownie do szpitala. Diagnoza... wtórny nowotwór złośliwy mózgu i opon mózgowo-rdzeniowych. 19 grudnia, dzień po wypisie ze szpitala, dostałem kolejnego napadu padaczkowego. W rozpoznaniu współistniejącym wyszła niedrożność lewej tętnicy szyjnej wewnętrznej. Już od paru miesięcy staram się stanąć na nogi, ale z dnia na dzień jest coraz gorzej... Wyniki badań PET zlecone w listopadzie potwierdziły liczne zmiany nowotworowe (zostało dołączone nowe zdjęcie). 25 stycznia niestety napad spowodował całkowity paraliż, nie ruszam już nogami, sterydy nie działają, nie zostanie przeprowadzona operacja wycięcia guza z mózgu ani nie zostanę naświetlany.

235 zł z 50 000 zł
0%
Justyna Kulesza, Panków

Zbiórka na pokrycie kosztów leków, badań, dojazdów oraz pozostałych związanych z procesem leczenia

Witajcie, mam na imię Justyna. Jestem mamą dwóch wspaniałych już nastoletnich córek. Niestety życie nie szczędziło nas od początku: najpierw rozwód, samotna matczyna walka z trudami wychowania i utrzymania dwóch małych córek, a później choroba starszej córki - cukrzyca typu I i depresja. W tym trudnym czasie wsparciem był dla mnie mój narzeczony. Niedawno udało nam się przenieść na wieś do małego domku z ogrodem, gdzie liczyliśmy, że będziemymogli powoli zacząć cieszyć się naszym w miarę ustabilizowanym życiem. Wieś nas pochłonęła. Mnie w szczególności. Zajęłam się uprawą roślin, warzyw i owoców w naszym ogrodzie oraz hodowlą kurek. Tu znalazłam ukojenie w mojej codzienności i w depresji leczonej od kilku lat. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Kilka miesięcy temu wyczułam guzek w piersi. Wizyta u ginekologa - jedna, druga... USG, a następnie mammografia. Na wszystkie wizyty oczywiście trzeba było czekać. Wynik BIRADS 5 -skierowanie do onkologa, terminy kosmos... Wizyta prywatna w celu wykonania biopsji gruboigłowej - onkolog po wykonaniu USG nie ma wątpliwości: nowotwór złośliwy. Skierowanie na szpital, tam dopiero biopsja i znów oczekiwanie na wynik... To był najdłuższy miesiąc oczekiwania w moim życiu i niestety nieoficjalnie dzień przed Wigilią dowiedziałam się , że to jest to czego chyba się spodziewałam ;( Święta spędziłam z milionem pytań w głowie i z lękiem - czy dane mi będą jeszcze kolejne? Czy mam prawo się nimi cieszyć? Czy powinnam zacząć już działać? Co z moimi dziećmi? Co z ich przyszłością? Co z chorobą Oliwii? Co będzie ze mną...? Oficjalnie 2.01.2026 podczas wizyty u onkologa stwierdzony został u mnie RAK naciekający HER2 dodatni ( nieluminalny) ER+/ PR+ (hormonozależny), czyli jeden z agresywniejszych. Jeszcze kilka lat temu ten rodzaj raka był wyrokiem śmierci. Dziś pomimo złośliwości jest ogromna szansa na wyleczenie dzięki nowoczesnym terapiom. Czeka mnie chemioterapia, operacja i naświetlania, leczenie wspomagające oraz hormonoterapia. Dużo tego. Dużo kosztów nie tylko duchowych i mentalnych, ale przede wszystkim finansowych - leki, odżywki, kosmetyki, specjalna żywność medyczna, sprzęty rehabilitacyjne. Czy dam radę? Muszę, choć wiem, że droga będzie ciężka i długa. Wiem, że muszę to przetrwać i wygrać tę walkę nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla moich dzieci, dla Niego i dla naszego dalszego szczęśliwego wspólnego życia, bo wierzę, że na takie jeszcze zasługuję. Zawsze to ja byłam tą osobą, która pomagała wszystkim tej pomocy potrzebującym. Żyłam przeświadczeniem, że nigdy nie wiem, kiedy to ja będę potrzebować pomocy od innych, dlatego w miarę moich możliwości dawałam każdemu z siebie i od siebie co tylko mogłam - przede wszystkim serce. Dziś jednak to ja potrzebuję tego serca od Was😘

13 206 zł z 100 000 zł
13%
Krzysztof Michalak, Myślibórz

Zbiórka na nierefundowane leczenie glejaka

W lutym 2025 roku moje życie zaczęło się zmieniać w sposób, którego wtedy jeszcze nie rozumiałem. Zauważyłem u siebie problemy z mową i pisaniem. Zgłaszałem się do lekarzy, przechodziłem badania, jednak mimo niepokojących objawów nikt nie potrafił wskazać ich przyczyny. Pod koniec marca trafiłem do szpitala. Dopiero wykonany rezonans magnetyczny przyniósł odpowiedź, której nikt nie chce usłyszeć - wykryto guz mózgu. Lekarze uznali, że jest on operacyjny. Na początku kwietnia przeszedłem operację, która na szczęście się powiodła. Udało się usunąć prawie całego guza. Niestety, po wykonaniu biopsji usłyszałem diagnozę: glejak wielopostaciowy IV stopnia, jeden z najbardziej agresywnych nowotworów mózgu. W czerwcu rozpocząłem intensywne leczenie: trzy tygodnie jednoczesnej chemioterapii i radioterapii. Później przeszedłem chemioterapię uzupełniającą. Mimo ogromnego wysiłku, nadziei i walki, w listopadzie kontrolny rezonans pokazał najgorsze - guz zaczął ponownie odrastać. Lekarze natychmiast rozpoczęli chemioterapię drugiej linii. Zaproponowali mi również nowoczesne leczenie dwoma lekami, które mogą spowolnić rozwój choroby i dać mi kolejne miesiące, a być może lata życia. Niestety, jeden z leków nie jest refundowany, a jego koszt znacznie przekracza moje możliwości finansowe. Dlatego zdecydowałem się poprosić o pomoc. Każda wpłata to dla mnie realna szansa na dalsze leczenie, czas z bliskimi i walkę o życie. Z całego serca dziękuję za każdą formę wsparcia, finansową, udostępnienie zbiórki czy dobre słowo. Nie poddaję się. Wciąż chcę żyć.

26 449 zł z 22 000 zł
120%
Elżbieta Cichowicz, Glinna

Walka z rakiem

Nazywam się Elżbieta Cichowicz, mam 53 lata. W 2024 roku usłyszałam diagnozę, która zmieniła całe moje życie – rak piersi. Jeszcze niedawno moje życie wyglądało zupełnie inaczej. Byłam osobą aktywną, samodzielną i pełną planów. Na co dzień starałam się normalnie żyć, pracować, dbać o dom, bliskich i o innych – tak jak wiele kobiet w moim wieku. Miałam swoje małe radości, marzenia i zwyczajne sprawy, które dziś wydają się tak bardzo odległe. Choroba przyszła nagle i brutalnie przerwała to, co było moją codziennością. Z dnia na dzień z osoby, która planowała przyszłość, stałam się pacjentką. Zamiast normalnego życia pojawiły się badania, szpitale, strach i niepewność o jutro. Dziś każdy mój dzień to walka – o zdrowie, o siłę, o nadzieję. Przede mną długie i wymagające leczenie, które wiąże się nie tylko z ogromnym wysiłkiem fizycznym i psychicznym, ale też z kosztami, których sama nie jestem w stanie udźwignąć. Leki, dojazdy, konsultacje, rehabilitacja – to wszystko przekracza moje możliwości finansowe. Dlatego z całego serca proszę o pomoc. Każda wpłata to dla mnie nie tylko wsparcie finansowe, ale też ogromna motywacja i poczucie, że nie jestem w tej walce sama. Zebrane środki przeznaczę na leczenie, badania, leki oraz wszystko, co pomoże mi wrócić do zdrowia i choć części dawnego życia. Dziękuję za każdą wpłatę, udostępnienie i dobre słowo. Wasze wsparcie dodaje mi siły w najtrudniejszych chwilach. 💗 Z wdzięcznością, Elżbieta Cichowicz

555 zł z 15 000 zł
3%
Maciej Wołoszyn, Legionowo

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że Maciej odszedł…

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że Maciej odszedł… Składamy szczere wyrazy współczucia jego rodzinie i bliskim. Zarząd Fundacji Alivia. Zbiórka Macieja została zamknięta. Prosimy nie przekazywać darowizn na ten cel. ………………………………………………………..***……………………………………………….. Aktualizacja 15.01.2026 Od dziś mamy konkretny cel - leczenie ostatniej szansy, bez którego Maciek nie przetrwa tej ciężkiej walki - NIEREFUNDOWANE leki. których miesięczny koszt przekracza 60 tys. zł!!! Przenieśliśmy dziś Maćka do Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Curie-Skłodowskiej w Warszawie, gdzie pod opieką profesora o wielkim sercu Maciek dostał nadzieję... Okażcie proszę także wielkie serce 💓 i wesprzyjcie Go w tej ciężkiej walce. Jeszcze niedawno Maciek był szczęśliwym, kochającym mężem i ojcem, bratem, kumplem i po prostu chciał realizować swoje cele, pasje i marzenia. Tych ostatnich nie ma za dużo - uwielbia podróże, góry i muzykę. Zawsze skromny, zdyscyplinowany i perfekcyjny w tym co robi. Nie ma wielkich wymagań, chce żyć... a ma dopiero 44 lata. Świat zawalił się Maćkowi i naszej całej rodzinie zaledwie rok temu, w grudniu 2024 roku. Dzień przed Sylwestrem Maciek dostał diagnozę, z której wynikało: rak nerki z przerzutami do kości. Rozpoczęła się walka z czasem: najpierw operacja usunięcia nerki i zajętych węzłów chłonnych, a potem długie i wyczerpujące leczenie przerzutów rozsianych po wszystkich praktycznie kościach. O powrocie do aktywności zawodowej nie było mowy. Jednak Maciek się nie poddawał, twardo znosił ciężką terapię, w efekcie której bardzo mozolnie zaczęła następować poprawa - zaczął wracać do umiarkowanej aktywności, jeździł już samodzielnie samochodem (choć zawsze w gorsecie i z kulami pod ręką), na jego twarz coraz częściej wracał uśmiech, którego źródłem była zawsze NADZIEJA. W grudniu 2025 r. Maćka i nasz świat ponownie się załamał: wróciły bardzo silne bóle, a wyniki badań krwi z dnia na dzień stawały się gorsze. Jego jedyną przestrzenią do życia w małym mieszkaniu stała się utarta ścieżka z łóżka do łazienki. Nawet tak krótką drogę pokonywał z ogromnym trudem i bólem... Święta Bożego Narodzenia upłynęły nam już w atmosferze przygnębienia i smutku. 31 grudnia zawieźliśmy Maćka na planowaną wizytę do szpitala, podczas której dostał natychmiastowe skierowanie na oddział szpitalny. Dotychczasowe leczenie nowotworu zostało zakończone z uwagi na zagrożenie życia, a Maciek obecnie walczy o przetrwanie, leżąc przykuty do szpitalnego łóżka. Nie wiemy, co go czeka, rozpaczliwie szukamy pomocy gdzie tylko to jest możliwe, nawet za granicą. Chcemy spróbować nawet nierefundowanych linii terapeutycznych, potrzebna jest dodatkowa specjalistyczna diagnostyka, wszystko to w celu ratowania jego życia. Na to wszystko niezbędne są znaczne środki, których nie mamy i w tym celu postanowiliśmy zorganizować zbiórkę. Dajmy Maćkowi jeszcze zobaczyć z bliska ukochane góry i zagrać na gitarze...

64 745 zł z 200 000 zł
32%
Przemysław Kurzyński, Międzyrzecz

Ratujmy życie Przemka - razem możemy więcej

Mam na imię Kamila i piszę te słowa, by ratować życie Przemka - ojca dwójki naszych dzieci. Nigdy nie przypuszczałam, że będę musiała prosić o taką pomoc, jednak sytuacja, z którą przyszło nam się zmierzyć, zmusiła mnie, by założyć tę zbiórkę. Jeszcze niedawno żyliśmy zwyczajnym życiem - pracą, domem, planami na przyszłość. Wszystko zmieniło się 4 lipca 2025 r., kiedy podczas gastroskopii usłyszeliśmy diagnozę, która odebrała nam spokój i poczucie bezpieczeństwa: złośliwy rak przełyku. Poczułam, jak grunt osuwa się spod naszych nóg. Przemek rozpoczął natychmiastową walkę. Przeszedł radiochemioterapię, wierząc, że leczenie pozwoli na operację i da realną szansę na życie. Niestety - terapia nie przyniosła oczekiwanych efektów, a mąż nie został zakwalifikowany do operacji. Najbardziej bolesne jest to, że w takim momencie system NFZ skreśla takich pacjentów. Gdy pierwsze leczenie nie zadziała, jedyną odpowiedzią jest czekanie - minimum 6 miesięcy na kolejną kwalifikację. Dla chorego na agresywnego raka czas jest czymś, czego nie mamy. Nie możemy pozwolić sobie na bezczynne czekanie, gdy stawką jest życie i przyszłość naszej rodziny. Dlatego staramy się o przyjęcie Przemka do specjalistycznego szpitala w Berlinie, gdzie możliwe jest dalsze leczenie i inne metody terapeutyczne. Niestety, leczenie za granicą wiąże się z ogromnymi kosztami, które przekraczają nasze możliwości finansowe. Zbieramy środki na: specjalistyczne leczenie w Niemczech konsultacje i diagnostykę leki i terapię nierefundowaną dojazdy i pobyt związany z leczeniem Każdego dnia patrzę na Przemka, który walczy nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla naszych dzieci. Chce żyć. Chce być ich tatą i patrzeć jak dorastają. Z całego serca proszę - pomóżcie nam zawalczyć o życie Przemka. Każda wpłata - nawet najmniejsza, każde udostępnienie tej zbiórki daje nam nadzieję, że damy sobie z tym radę, że to pokonamy i będziemy mogli znów cieszyć się życiem RAZEM. Dziękujemy za każdą okazaną pomoc, wsparcie i dobre słowo. 💙

29 191 zł z 60 000 zł
48%
Joanna Łabędzka, Kościan

Droga do wyzdrowienia

Cześć! Nazywam Asia, mam 29 lat. Jestem żoną cudownego męża i mamą dwójki przeuroczych dzieciaczków. Majka starsza córka ma 5 lat, a młodszy syn Staś ma 4 latka. Jeszcze niedawno moje życie wypełniały codzienne sprawy, zabawy i plany na przyszłość. Wszystko zmieniło się w chwili, gdy w styczniu 2025 r. usłyszałam diagnozę choroby nowotworowej. Przeszłam intensywną chemioterapię, która bardzo wyniszczyła mój organizm. Jestem po mastektomii z wycięciem węzłów chłonnych – operacji, która była ogromnym wyzwaniem zarówno fizycznym, jak i emocjonalnym. To doświadczenie odebrało mi poczucie bezpieczeństwa, ale nie odebrało woli walki. Obecnie jestem na etapie radioterapii. To niezbędny krok w drodze do zdrowia. Najtrudniejsze jest dla mnie to, że choroba odbiera mi siły, które chciałabym poświęcać moim dzieciom. Każdego dnia walczę nie tylko o siebie, ale przede wszystkim o to, by móc być dla nich mamą – obecną, zdrową i pełną życia.

200 zł z 10 000 zł
2%
Aneta Pieróg, Głębowice

Zbiórka dla Anety

Mam na imię Aneta, mam 53 lata. W lipcu podczas rutynowego badania wykryto u mnie zmianę na jajniku, niestety okazała się złośliwa. We wrześniu przeszłam pierwszą operację, a miesiąc później drugą. Teraz przechodzę chemioterapię a później dalsze leczenie. Do czasu choroby byłam aktywna zawodowo, czego bardzo mi brakuje. Teraz skupiam się na powrocie do zdrowia. Moja rodzina bardzo mnie wspiera i dla nich zrobię wszystko, żeby znów być zdrową i cieszyć się życiem razem z nimi. Proszę o wsparcie finansowe na leczenie i rehabilitację. Jestem pełna nadziei i optymizmu, że pokonam chorobę!

1 085 zł z 50 000 zł
2%
Nataliia Yakubiak, Warszawa

Szansa na zdrowie – walka z rakiem piersi

Nazywam się Natalia Ykubiak, Jeszcze niedawno żyłam spokojnie, w gronie rodziny, z planami i marzeniami na przyszłość. Niestety usłyszałam diagnozę, która wszystko zmieniła - rak piersi z przerzutami. Jestem w trakcie chemioterapii. Po jej zakończeniu czeka mnie operacja - amputacja piersi, a następnie radioterapia. Przede mną długie i bardzo wymagające leczenie. Zbiórkę założyłam, aby móc skupić się na walce o zdrowie - leczenie, leki i dojazdy wiążą się z ogromnymi kosztami. Każde wsparcie, nawet najmniejsze, ma dla mnie ogromne znaczenie. Proszę, pomóżcie mi zawalczyć o przyszłość, w którą jeszcze tak bardzo chcę wierzyć.

20 zł z 10 000 zł
0%
Maciej Opiłka, Warszawa

Wsparcie leczenia Maćka!

Mam 40 lat. W dniu moich urodzin usłyszałem, że mam przerzuty.Dwa lata temu wykryto u mnie raka pęcherza. Był bardzo agresywny, ale uchwycony wcześnie - lekarze usunęli pęcherz i wtedy myśleliśmy, że wygrałem. Niestety, od tamtej chwili moje życie zmieniło się na zawsze. Do końca życia muszę korzystać z cewników - codziennie kupuję nowe, jednorazowe zestawy, które są ogromnym obciążeniem finansowym. Starałem się żyć normalnie. Przez całe życie pracowałem jako cieśla-stolarz i rozwijałem własną firmę - to zawsze była moja pasja, nieustająco rozwijałem się na wszelkiego rodzaju kursach oraz uzyskałem dokumenty czeladnicze, aby podnosić jakość swoich usług i kwalifikacji. Studiowałem budownictwo, byłem już na czwartym roku, miałem pisać pracę inżynierską, oczywiście związaną z budową domów w konstrukcji drewnianej. Choroba przerwała te plany, ale nie odebrała mi marzeń. Planowałem budowę naszego wymarzonego domu według mojego własnego projektu, razem z narzeczoną szukaliśmy działki, układaliśmy wspólną przyszłość.Tuż przed kolejną, druzgocącą diagnozą zaręczyliśmy się. Myśleliśmy, że zaczynamy nowy, piękny etap. Zamiast tego usłyszeliśmy - „są przerzuty”. W Norwegii walczyłem ponad 9 miesięcy - chemioterapia, radioterapia, szpitalne ściany zamiast warsztatu i planów. Lekarze zrobili wszystko, co mogli, ale powiedzieli wprost: nie mają już pomysłów, jak mnie leczyć.Moja mama zmarła na raka. Przeszedłem z nią całą tę straszną, wyniszczającą i odbierającą godność drogę. Wiem, jak wygląda walka o życie i godność od podszewki - nie tylko teoretycznie, ale przez każdy dzień i każdą decyzję.A ja nie mogę się poddać. Mam narzeczoną, mam córkę, która w tym roku zaczyna studia. Chcę być przy niej, kiedy wchodzi w dorosłość. Chcę jeszcze budować, tworzyć, żyć - a nie tylko patrzeć, jak choroba powoli odbiera mi każdy dzień.Dlatego przenoszę leczenie do Polski. Tutaj mam szansę kontynuować terapię. Czeka mnie intensywna rehabilitacja, tlenoterapia, suplementacja - wszystko, co może odżywić i zregenerować moje ciało. To są ogromne koszty, których sam nie udźwignę, ponieważ nie jestem w stanie wykonywać mojego zawodu. Piszę do Ciebie z prośbą o pomoc. Każda wpłata, każde udostępnienie, każda najmniejsza forma wsparcia to dla mnie szansa na kolejne dni, tygodnie, miesiące życia. Na bycie ojcem, partnerem, przyjacielem - a nie wspomnieniem.Nie poddaję się. Ale sam nie dam rady. Potrzebuję Ciebie.

0 zł z 1 000 000 zł
0%
Jacek Gardener, Łowicz

Na leczenie nowotworu złośliwego

Zbieram na leczenie nowotworu złośliwego przełyku i żołądka. Chemioterapia i dalsze leczenie będzie kosztowne. Bardzo dziękuję za każde wsparcie finansowe. Przez całe życie jestem związany z triathlonem, uprawiałem go 35 lat. Chciałbym do tego wrócić, bo jest to całe moje życie. Nadzieja o powrocie motywuje mnie do dalszej walki z rakiem.

54 493 zł z 110 000 zł
49%