Zbiórki

Marlena Mocek, Koźmin Wielkopolski

Pomóż mi w walce z rakiem

Mam na imię Marlena, w lipcu ubiegłego roku obchodziłam 50-te urodziny i w tym samym czasie dowiedziałam się, że dolegliwości, z którymi zmagałam się od dłuższego czasu to nie zespół jelita drażliwego czy stan zapalny jelita, tylko nowotwór złośliwy jelita grubego z przerzutami do płuc, wątroby i do mózgu. Na początku mojej drogi w walce z chorobą 22 lipca przeszłam operację wycięcia guza na jelicie grubym. Potem w sierpniu i wrześniu poddałam się radioterapii przerzutu do głowy w klinice w Katowicach. Od listopada co dwa tygodnie mam wlewy chemioterapii. Moje życie od lipca ubiegłego roku całkowicie się zmieniło. Miałam dobrą, dającą mi satysfakcję i poczucie stabilności materialnej pracę, plany w życiu prywatnym. Wcześniej lubiłam wyjazdy w góry, teraz moją codziennością stały się wizyty od lekarza do lekarza, pobyty na oddziale onkologicznym i chemioterapie. Moje obecne życie jest pełne poczucia niepewności i strachu, czy leczenie da pozytywne efekty, ale nie poddaję się, walczę dla syna, siebie i dla mojej rodziny. W obecnej sytuacji nie wiem, co dalej mnie czeka, jakie leczenie i koszty z tym związane. Szukam możliwości leczenia u wielu specjalistów, przeważnie są to wizyty prywatne i wiążące się z dalekim dojazdem. Na co dzień dochodzą koszty związane ze specjalistyczną dietą i drogimi lekami, dlatego proszę wspomóż mnie przekazując 1,5% podatku. To będzie dla mnie bardzo dużym wsparciem. Twoja pomoc wesprze mnie w walce z chorobą.

7 803 zł z 30 000 zł
26%
Małgorzata Chmielarz, Poznań

Badanie Oncotype Dx, leczenie i rehabilitacja po obustronnej mastektomii

W 1987 roku moja mama zachorowała na nowotwór piersi. Był na tyle wcześnie zdiagnozowany, że mastektomia uratowała jej życie. Mając wiedzę o tym, że mogę być obciążona genetycznie, jestem pod opieką Poradni Genetycznej i w 2009 roku zrobiłam badania genetyczne, w których rozpoznano u mnie 2 uszkodzone geny. Dzięki temu regularnie badałam się co pół roku, by w razie czego szybko wykryć chorobę. W 2024 roku na badaniu rezonansu magnetycznego rozpoznano podejrzaną zmianę w prawej piersi. Zmiana nie była widoczna ani w USG ani w mammografii. Lekarze, u których badałam się co pół roku, uznali, że nie jest to nic niepokojącego i należy tylko obserwować. W 2025 roku podejrzana zmiana zaczęła rosnąć i wtedy zostałam skierowana na biopsję gruboigłową pod rezonansem. Ze względu nabraki w sprzęcie potrzebnym do takiej biopsji na badanie czekałam około 3 miesięcy. Zdiagnozowano nowotwór złośliwy piersi prawej, zrazikowy, hormonozależny. W styczniu 2026 roku przeszłam obustronną mastektomię z jednoczasową rekonstrukcją piersi - z uwagi na wcześniejsze zachorowanie mamy i moje badania genetyczne. Aktualnie czekam na wynik histopatologiczny z obu piersi oraz zgodnie z zaleceniami lekarza w przypadku mojego typu i zaawansowania nowotworu na wykonanie testu Oncotype DX. Badanie to wykonuje się w USA wysyłając próbkę materiału z operacji. Test ten w Polsce nie jest refundowany, natomiast jest refundowany w kilku innych krajach europejskich, co pokazuje jego znaczenie w onkologii. Pomaga przewidzieć m.in. ryzyko nawrotu raka piersi i korzyści z chemioterapii lub ich brak. Następnie zostanę wprowadzona w tzw. sztuczną menopauzę i będę poddana leczeniuhormonalnemu oraz gdy zajdzie taka konieczność i będzie to wskazane - podawaniu chemii. W związku z badaniami genetycznymi zalecono mi usunięcie przydatków. Operacja jest zaplanowana na koniec 2026 roku. Aktualnie mam dolegliwości z powodu wykonanej operacji piersi prawej (nerwy skórne regenerują się i są nadwrażliwe na ruch, nacisk i rozciąganie - dlatego odczuwampieczenie, szczypanie i rozpieranie nasilające się przy aktywności, nadwrażliwość skóry oraz zaburzone czucie za ramieniem z towarzyszącym bólem łopatki) oraz piersi lewej (z uwagi na zbyt ciasne założenie opatrunku została rozpoznana martwica brodawki sutkowej i problem z przykurczem mięśni w lewym dole pachowym). Czeka mnie rozszerzona rehabilitacja zarówno prawej jak i lewej strony, ratowanie brodawki i praca z przykurczami i rozpracowaniem blizny. Dodatkowo od wielu lat opiekuję się moją mamą i również dlatego muszę być sprawna, by móc to dalej robić. Koszty badań, dalszego leczenia i dochodzenia do sprawności są na tyle wysokie, że potrzebuję wsparcia - wsparcia, by móc dalej aktywnie żyć. Zawsze starałam się pomagać innym i nie myśleć o sobie, dlatego jest mi bardzo trudno prosić o pomoc. Ale wierzę, że się uda.

7 970 zł z 30 000 zł
26%
Katarzyna Marzec, Toruń

Największe marzenie - kolejny dzień życia

Nazywam się Kasia Marzec, mam 46 lat, mieszkam i pracuję w Toruniu. Do końca lipca 2025 wiodłam, wydawało się, "nudne" życie - praca, dom, inne obowiązki. Ile bym dała za tamten czas... to chyba wie tylko osoba mierząca się z chorobą onkologiczną, w moim przypadku glejakiem, limitującą dany nam czas. Żeby za bardzo się nie roztkliwiać - konkrety: lipiec 2025 - zaczęły się niepokojące objawy, m.in problemy z utrzymaniem równowagi sierpień 2025 - badania i diagnoza: najprawdopodobniej nowotwór mózgu wrzesień 2025 - diagnoza ostateczna: nowotwór złośliwy Glioblstoma IDH wildtyp ( G4) październik/początek grudnia 2025 - radioterapia; z uwagi na współistniejące choroby, które ujawniły się w trakcie leczenia, niemożliwe było i jest podanie chemii; kolejna próba 16.01 b.r. Do tego czasu koszty związane z leczeniem pokrywałam sama oraz z pomocą rodziny, koleżanek i kolegów z pracy, za co będę im dozgonnie wdzięczna 🤎 Jednak walka z glejakiem i podjęcie dalszej terapii przekracza nasze możliwości finansowe. Zapewne będzie się to wiązało z kontynuacją leczenia poza granicami kraju, a prawa ekonomii są bezwzględne. Dlatego zwracam się do Was, Znajomi i Nieznajomi, z prośbą o wsparcie mnie w tej walce. Ja ze swej strony mogę obiecać, że ani złotówka nie zostanie zmarnowana i będę walczyła, ile sił starczy! Każdy darowany dzień jest dla mnie na wagę złota. DZIĘKUJĘ za każdą wpłatę, udostępnienie, słowo otuchy. Kasia

17 977 zł z 150 000 zł
11%
Barbara Skrzyniarz, Warszawa

Chciałabym jeszcze pożyć…

Cześć, mam na imię Barbara, choć moje prawnuki powiedziałyby, że Basia. Dwa lata temu, kiedy moja wnuczka była na końcówce drugiej ciąży z moją prawnusią, trafiłam do Szpitala Wolskiego z zapaleniem płuc. Nikt wtedy nie spodziewał się, że sytuacja jest na tyle poważna, że kilka dni później wyląduję na OIOMie pod respiratorem walcząc o życie. Miałam w ponad 90% niewydolne płuca. Wtedy lekarze nie dawali mi żadnych szans. W Wigilię 2023 moja rodzina usłyszała, że nie ma już dla mnie ratunku, a medycyna wobec mojego przypadku jest bezradna. Stało się jednak inaczej. Moja wola życia okazała się silniejsza niż prognozy lekarzy. W Sylwestra '23/'24 zostałam wybudzona ze śpiączki. Niestety wspomnieniem po OIOMie była polineuropatia stanu krytycznego. Z osoby aktywnej zawodowo, stałam się osobą leżącą. Przeszłam długą i bardzo ciężką rehabilitację, aby wstać z łóżka i móc o balkoniku biegać z moim - dziś - prawie 12-letnim prawnukiem i 2-letnią prawnuczką. Kiedy czułam, że wychodzę na prostą, zaczęły się dziwne objawy - opadłam z sił, mdlałam, pojawiły się wymioty i bardzo złe samopoczucie. Karetka bywała u mnie coraz częściej bagatelizując moje objawy, zwalając je na wiek, na ilość przyjmowanych po historii sprzed dwóch lat leków. W końcu 30.12.2025 roku, po kolejnej interwencji karetki, trafiłam ponownie do Szpitala Wolskiego. Tam, po wykonaniu badań, zostałam natychmiast przetransportowana do Szpitala Klinicznego im. Dzieciątka Jezus przy ul. Lindleya na Oddział Urologiczny - moje nerki przestały działać. Zostały wyłonione mi obustronne nefrostomie, a ja otrzymałam kolejną druzgocącą diagnozę - rak szyjki macicy w III stadium z naciekami do przydatków i macicy. Niewydolność nerek jest konsekwencją mojego nowotworu. Trafiłam pod wspaniałą opiekę Profesora w Szpitalu im. Księżnej Anny Mazowieckiej przy ul. Karowej. Nowotwór jest tak zaawansowany, że nie da się go zoperować. Za mną biopsja, przede mną długie i trudne leczenie. Kolejna walka o życie. A ja bym chciała jeszcze pożyć… Dla córki, wnuczki i prawnuków. Chciałabym patrzeć, jak moje prawnuki dorastają dostarczając mi kolejnych radości i wzruszeń. Moje możliwości finansowe są jednak ograniczone, a koszty aktualnych leków i kolejnych, które wkrótce zacznę przyjmować, worków nefrostomiinych, konsultacji lekarskich, jak również suplementów, aby moja forma nie pogarszała się, bardzo wysokie. Dlatego właśnie z ogromną pokorą i nadzieją zwracam się do Państwa z prośbą o pomoc. I za każdą, nawet najdrobniejszą wpłatę, z całego serca dziękuję.

360 zł z 150 000 zł
0%
Anna Kurnatowska, Poznań

Zamiast pierwszych kroków synka, odliczałam krople chemii. Moja walka o życie dla dwójki dzieci.

Grudzień 2024 roku. To wtedy świat stał się kompletny – urodziłam naszego wymarzonego synka. Dom był pełen śmiechu starszej córki, zapachu niemowlęcia i tej niezwykłej sielanki, którą zna tylko kochająca się rodzina. Myślałam, że mamy przed sobą całe życie. Sielanka trwała tylko do 7 lipca 2025 roku. Zaczęło się niewinnie. Kaszel, duszności, osłabienie. Myślałam: „To tylko wstrętne przeziębienie, które córka przyniosła z przedszkola”. Ciało z każdym dniem odmawiało posłuszeństwa, ale wstawałam dla nich. Jedyną motywacją były moje dzieci – ubrać je, nakarmić, przytulić. To one dawały mi siłę, gdy moje wyniki krwi były już na granicy przeżycia. Kiedy trafiłam na SOR, lekarz patrzył na wyniki z niedowierzaniem. Świat stanął w miejscu: ostra białaczka szpikowa. Kolejnego dnia byłam już w szpitalu, podpięta pod kroplówki. Moje życie zamieniło się w bolesny cykl: chemia, dreszcze, wymioty i ratujące życie przetoczenia krwi oraz płytek, które stały się moją codziennością. Bez krwi od obcych ludzi nie byłoby mnie tu dzisiaj. Moje życie zamknęło się w sterylnej sali. Pierwszy pobyt trwał prawie 40 dni. Przerwy między chemiami wynosiły zaledwie dwa tygodnie – to były moje „małe święta”, czas, kiedy mogłam nacieszyć się zapachem dzieci, zanim znów musiałam wrócić na oddział. Najbardziej bolesny był grudzień 2025. Kiedy cały świat stroił choinki i zasiadał do wigilijnego stołu, ja byłam w całkowitej izolacji. W same Święta Bożego Narodzenia podawano mi wyniszczającą chemię, która miała przygotować mój organizm na nową szansę. Zamiast dzielić się opłatkiem z mężem i dziećmi, mogłam jedynie płakać do ekranu telefonu, walcząc z nudnościami i bólem. 29 grudnia, tuż przed Sylwestrem, odbył się przeszczep szpiku. To był mój najważniejszy dzień – dzień moich drugich narodzin. Choroba uderzyła w całą naszą rodzinę. Aby mnie chronić, dzieci przestały chodzić do przedszkola i żłobka. Mąż musiał zrezygnować z dotychczasowej pracy, by przejąć opiekę nad domem. Patrzyłam w lustro i nie poznawałam siebie – bez włosów, z poparzoną od chemii skórą, wyniszczona bólem. Ale wiedziałam, że muszę przeżyć. Dla synka, który jeszcze nie rozumie, dlaczego mamy nie ma w domu. Dla córki, która każdego dnia pyta, kiedy wrócę. Dziś jestem już po przeszczepie, ale droga do zdrowia jest wciąż długa i bardzo kosztowna. Skutki zabiegu odczuwam w każdej minucie, a przede mną miesiące drogiego leczenia, rygorystyczna dieta i rehabilitacja, która ma przywrócić mi siły do bycia mamą. Proszę Cię o pomoc. Moim jedynym marzeniem jest być przy moich dzieciach i mężu. Jeśli możesz przekazać mi swoje 1,5% podatku lub wpłacić dowolną darowiznę, podarujesz mi szansę, by przyszłe Święta spędzić już w domu, trzymając dzieci za ręce. Dziękuję za każde serce i każdą pomoc.

1 835 zł z 50 000 zł
3%
Sebastian Kowalski, Białystok

Pomoż mi pokonać raka

Zaczęło się niewinnie od bólu brzucha w trakcie jazdy na rowerze do pracy. Córka po zobaczeniu w jakim stanie jestem, zaciągnęła mnie do szpitala. Na SORze po pierwszych badaniach wyszło podwyższone CRP i zostałem wypisany do domu z antybiotykiem. 4 dni później trafiłem ponownie na SOR. CRP było bardzo wysokie, dlatego zostałem skierowany na TK brzucha i przyjęty na oddział urologii w szpitalu Śniadecja. Pierwsze badania na oddziale pokazały, że choruję na raka jądra. Po około tygodniu od diagnozy została przeprowadzona orchidektomia prawostronna. W międzyczasie zostały zdiagnozowane przerzuty na płuca i węzły chłonne. Od 5 sierpnia przyjmowałem chemię BEP, serię po 5 dni z przerwami. W trakcie przerw miałem "dolewki" jednodniowe - ostatnią przyjąłem 21 września. 14 grudnia dostałem pierwszego napadu padaczki. Z tego co mówiła mi rodzina, nie byłem kontaktowy, zapomniałem daty, imion wnuków i męża mojej córki, sparaliżowało mi prawą stronę. Zostałem zabrany ponownie do szpitala. Diagnoza... wtórny nowotwór złośliwy mózgu i opon mózgowo-rdzeniowych. 19 grudnia, dzień po wypisie ze szpitala, dostałem kolejnego napadu padaczkowego. W rozpoznaniu współistniejącym wyszła niedrożność lewej tętnicy szyjnej wewnętrznej. Już od paru miesięcy staram się stanąć na nogi, ale z dnia na dzień jest coraz gorzej... Wyniki badań PET zlecone w listopadzie potwierdziły liczne zmiany nowotworowe (zostało dołączone nowe zdjęcie). 25 stycznia niestety napad spowodował całkowity paraliż, nie ruszam już nogami, sterydy nie działają, nie zostanie przeprowadzona operacja wycięcia guza z mózgu ani nie zostanę naświetlany.

225 zł z 50 000 zł
0%
Justyna Kulesza, Panków

Zbiórka na pokrycie kosztów leków, badań, dojazdów oraz pozostałych związanych z procesem leczenia

Witajcie, mam na imię Justyna. Jestem mamą dwóch wspaniałych już nastoletnich córek. Niestety życie nie szczędziło nas od początku: najpierw rozwód, samotna matczyna walka z trudami wychowania i utrzymania dwóch małych córek, a później choroba starszej córki - cukrzyca typu I i depresja. W tym trudnym czasie wsparciem był dla mnie mój narzeczony. Niedawno udało nam się przenieść na wieś do małego domku z ogrodem, gdzie liczyliśmy, że będziemymogli powoli zacząć cieszyć się naszym w miarę ustabilizowanym życiem. Wieś nas pochłonęła. Mnie w szczególności. Zajęłam się uprawą roślin, warzyw i owoców w naszym ogrodzie oraz hodowlą kurek. Tu znalazłam ukojenie w mojej codzienności i w depresji leczonej od kilku lat. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Kilka miesięcy temu wyczułam guzek w piersi. Wizyta u ginekologa - jedna, druga... USG, a następnie mammografia. Na wszystkie wizyty oczywiście trzeba było czekać. Wynik BIRADS 5 -skierowanie do onkologa, terminy kosmos... Wizyta prywatna w celu wykonania biopsji gruboigłowej - onkolog po wykonaniu USG nie ma wątpliwości: nowotwór złośliwy. Skierowanie na szpital, tam dopiero biopsja i znów oczekiwanie na wynik... To był najdłuższy miesiąc oczekiwania w moim życiu i niestety nieoficjalnie dzień przed Wigilią dowiedziałam się , że to jest to czego chyba się spodziewałam ;( Święta spędziłam z milionem pytań w głowie i z lękiem - czy dane mi będą jeszcze kolejne? Czy mam prawo się nimi cieszyć? Czy powinnam zacząć już działać? Co z moimi dziećmi? Co z ich przyszłością? Co z chorobą Oliwii? Co będzie ze mną...? Oficjalnie 2.01.2026 podczas wizyty u onkologa stwierdzony został u mnie RAK naciekający HER2 dodatni ( nieluminalny) ER+/ PR+ (hormonozależny), czyli jeden z agresywniejszych. Jeszcze kilka lat temu ten rodzaj raka był wyrokiem śmierci. Dziś pomimo złośliwości jest ogromna szansa na wyleczenie dzięki nowoczesnym terapiom. Czeka mnie chemioterapia, operacja i naświetlania, leczenie wspomagające oraz hormonoterapia. Dużo tego. Dużo kosztów nie tylko duchowych i mentalnych, ale przede wszystkim finansowych - leki, odżywki, kosmetyki, specjalna żywność medyczna, sprzęty rehabilitacyjne. Czy dam radę? Muszę, choć wiem, że droga będzie ciężka i długa. Wiem, że muszę to przetrwać i wygrać tę walkę nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla moich dzieci, dla Niego i dla naszego dalszego szczęśliwego wspólnego życia, bo wierzę, że na takie jeszcze zasługuję. Zawsze to ja byłam tą osobą, która pomagała wszystkim tej pomocy potrzebującym. Żyłam przeświadczeniem, że nigdy nie wiem, kiedy to ja będę potrzebować pomocy od innych, dlatego w miarę moich możliwości dawałam każdemu z siebie i od siebie co tylko mogłam - przede wszystkim serce. Dziś jednak to ja potrzebuję tego serca od Was😘

11 686 zł z 100 000 zł
11%
Krzysztof Michalak, Myślibórz

Zbiórka na nierefundowane leczenie glejaka

W lutym 2025 roku moje życie zaczęło się zmieniać w sposób, którego wtedy jeszcze nie rozumiałem. Zauważyłem u siebie problemy z mową i pisaniem. Zgłaszałem się do lekarzy, przechodziłem badania, jednak mimo niepokojących objawów nikt nie potrafił wskazać ich przyczyny. Pod koniec marca trafiłem do szpitala. Dopiero wykonany rezonans magnetyczny przyniósł odpowiedź, której nikt nie chce usłyszeć - wykryto guz mózgu. Lekarze uznali, że jest on operacyjny. Na początku kwietnia przeszedłem operację, która na szczęście się powiodła. Udało się usunąć prawie całego guza. Niestety, po wykonaniu biopsji usłyszałem diagnozę: glejak wielopostaciowy IV stopnia, jeden z najbardziej agresywnych nowotworów mózgu. W czerwcu rozpocząłem intensywne leczenie: trzy tygodnie jednoczesnej chemioterapii i radioterapii. Później przeszedłem chemioterapię uzupełniającą. Mimo ogromnego wysiłku, nadziei i walki, w listopadzie kontrolny rezonans pokazał najgorsze - guz zaczął ponownie odrastać. Lekarze natychmiast rozpoczęli chemioterapię drugiej linii. Zaproponowali mi również nowoczesne leczenie dwoma lekami, które mogą spowolnić rozwój choroby i dać mi kolejne miesiące, a być może lata życia. Niestety, jeden z leków nie jest refundowany, a jego koszt znacznie przekracza moje możliwości finansowe. Dlatego zdecydowałem się poprosić o pomoc. Każda wpłata to dla mnie realna szansa na dalsze leczenie, czas z bliskimi i walkę o życie. Z całego serca dziękuję za każdą formę wsparcia, finansową, udostępnienie zbiórki czy dobre słowo. Nie poddaję się. Wciąż chcę żyć.

26 149 zł z 22 000 zł
118%
Elżbieta Cichowicz, Glinna

Walka z rakiem

Nazywam się Elżbieta Cichowicz, mam 53 lata. W 2024 roku usłyszałam diagnozę, która zmieniła całe moje życie – rak piersi. Jeszcze niedawno moje życie wyglądało zupełnie inaczej. Byłam osobą aktywną, samodzielną i pełną planów. Na co dzień starałam się normalnie żyć, pracować, dbać o dom, bliskich i o innych – tak jak wiele kobiet w moim wieku. Miałam swoje małe radości, marzenia i zwyczajne sprawy, które dziś wydają się tak bardzo odległe. Choroba przyszła nagle i brutalnie przerwała to, co było moją codziennością. Z dnia na dzień z osoby, która planowała przyszłość, stałam się pacjentką. Zamiast normalnego życia pojawiły się badania, szpitale, strach i niepewność o jutro. Dziś każdy mój dzień to walka – o zdrowie, o siłę, o nadzieję. Przede mną długie i wymagające leczenie, które wiąże się nie tylko z ogromnym wysiłkiem fizycznym i psychicznym, ale też z kosztami, których sama nie jestem w stanie udźwignąć. Leki, dojazdy, konsultacje, rehabilitacja – to wszystko przekracza moje możliwości finansowe. Dlatego z całego serca proszę o pomoc. Każda wpłata to dla mnie nie tylko wsparcie finansowe, ale też ogromna motywacja i poczucie, że nie jestem w tej walce sama. Zebrane środki przeznaczę na leczenie, badania, leki oraz wszystko, co pomoże mi wrócić do zdrowia i choć części dawnego życia. Dziękuję za każdą wpłatę, udostępnienie i dobre słowo. Wasze wsparcie dodaje mi siły w najtrudniejszych chwilach. 💗 Z wdzięcznością, Elżbieta Cichowicz

10 zł z 15 000 zł
0%
Maciej Wołoszyn, Legionowo

Ratujmy Maćka!!!

Aktualizacja 15.01.2026 Od dziś mamy konkretny cel - leczenie ostatniej szansy, bez którego Maciek nie przetrwa tej ciężkiej walki - NIEREFUNDOWANE leki. których miesięczny koszt przekracza 60 tys. zł!!! Przenieśliśmy dziś Maćka do Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Curie-Skłodowskiej w Warszawie, gdzie pod opieką profesora o wielkim sercu Maciek dostał nadzieję... Okażcie proszę także wielkie serce 💓 i wesprzyjcie Go w tej ciężkiej walce. Jeszcze niedawno Maciek był szczęśliwym, kochającym mężem i ojcem, bratem, kumplem i po prostu chciał realizować swoje cele, pasje i marzenia. Tych ostatnich nie ma za dużo - uwielbia podróże, góry i muzykę. Zawsze skromny, zdyscyplinowany i perfekcyjny w tym co robi. Nie ma wielkich wymagań, chce żyć... a ma dopiero 44 lata. Świat zawalił się Maćkowi i naszej całej rodzinie zaledwie rok temu, w grudniu 2024 roku. Dzień przed Sylwestrem Maciek dostał diagnozę, z której wynikało: rak nerki z przerzutami do kości. Rozpoczęła się walka z czasem: najpierw operacja usunięcia nerki i zajętych węzłów chłonnych, a potem długie i wyczerpujące leczenie przerzutów rozsianych po wszystkich praktycznie kościach. O powrocie do aktywności zawodowej nie było mowy. Jednak Maciek się nie poddawał, twardo znosił ciężką terapię, w efekcie której bardzo mozolnie zaczęła następować poprawa - zaczął wracać do umiarkowanej aktywności, jeździł już samodzielnie samochodem (choć zawsze w gorsecie i z kulami pod ręką), na jego twarz coraz częściej wracał uśmiech, którego źródłem była zawsze NADZIEJA. W grudniu 2025 r. Maćka i nasz świat ponownie się załamał: wróciły bardzo silne bóle, a wyniki badań krwi z dnia na dzień stawały się gorsze. Jego jedyną przestrzenią do życia w małym mieszkaniu stała się utarta ścieżka z łóżka do łazienki. Nawet tak krótką drogę pokonywał z ogromnym trudem i bólem... Święta Bożego Narodzenia upłynęły nam już w atmosferze przygnębienia i smutku. 31 grudnia zawieźliśmy Maćka na planowaną wizytę do szpitala, podczas której dostał natychmiastowe skierowanie na oddział szpitalny. Dotychczasowe leczenie nowotworu zostało zakończone z uwagi na zagrożenie życia, a Maciek obecnie walczy o przetrwanie, leżąc przykuty do szpitalnego łóżka. Nie wiemy, co go czeka, rozpaczliwie szukamy pomocy gdzie tylko to jest możliwe, nawet za granicą. Chcemy spróbować nawet nierefundowanych linii terapeutycznych, potrzebna jest dodatkowa specjalistyczna diagnostyka, wszystko to w celu ratowania jego życia. Na to wszystko niezbędne są znaczne środki, których nie mamy i w tym celu postanowiliśmy zorganizować zbiórkę. Dajmy Maćkowi jeszcze zobaczyć z bliska ukochane góry i zagrać na gitarze...

64 745 zł z 200 000 zł
32%
Przemysław Kurzyński, Międzyrzecz

Ratujmy życie Przemka - razem możemy więcej

Mam na imię Kamila i piszę te słowa, by ratować życie Przemka - ojca dwójki naszych dzieci. Nigdy nie przypuszczałam, że będę musiała prosić o taką pomoc, jednak sytuacja, z którą przyszło nam się zmierzyć, zmusiła mnie, by założyć tę zbiórkę. Jeszcze niedawno żyliśmy zwyczajnym życiem - pracą, domem, planami na przyszłość. Wszystko zmieniło się 4 lipca 2025 r., kiedy podczas gastroskopii usłyszeliśmy diagnozę, która odebrała nam spokój i poczucie bezpieczeństwa: złośliwy rak przełyku. Poczułam, jak grunt osuwa się spod naszych nóg. Przemek rozpoczął natychmiastową walkę. Przeszedł radiochemioterapię, wierząc, że leczenie pozwoli na operację i da realną szansę na życie. Niestety - terapia nie przyniosła oczekiwanych efektów, a mąż nie został zakwalifikowany do operacji. Najbardziej bolesne jest to, że w takim momencie system NFZ skreśla takich pacjentów. Gdy pierwsze leczenie nie zadziała, jedyną odpowiedzią jest czekanie - minimum 6 miesięcy na kolejną kwalifikację. Dla chorego na agresywnego raka czas jest czymś, czego nie mamy. Nie możemy pozwolić sobie na bezczynne czekanie, gdy stawką jest życie i przyszłość naszej rodziny. Dlatego staramy się o przyjęcie Przemka do specjalistycznego szpitala w Berlinie, gdzie możliwe jest dalsze leczenie i inne metody terapeutyczne. Niestety, leczenie za granicą wiąże się z ogromnymi kosztami, które przekraczają nasze możliwości finansowe. Zbieramy środki na: specjalistyczne leczenie w Niemczech konsultacje i diagnostykę leki i terapię nierefundowaną dojazdy i pobyt związany z leczeniem Każdego dnia patrzę na Przemka, który walczy nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla naszych dzieci. Chce żyć. Chce być ich tatą i patrzeć jak dorastają. Z całego serca proszę - pomóżcie nam zawalczyć o życie Przemka. Każda wpłata - nawet najmniejsza, każde udostępnienie tej zbiórki daje nam nadzieję, że damy sobie z tym radę, że to pokonamy i będziemy mogli znów cieszyć się życiem RAZEM. Dziękujemy za każdą okazaną pomoc, wsparcie i dobre słowo. 💙

28 439 zł z 60 000 zł
47%
Joanna Łabędzka, Kościan

Droga do wyzdrowienia

Cześć! Nazywam Asia, mam 29 lat. Jestem żoną cudownego męża i mamą dwójki przeuroczych dzieciaczków. Majka starsza córka ma 5 lat, a młodszy syn Staś ma 4 latka. Jeszcze niedawno moje życie wypełniały codzienne sprawy, zabawy i plany na przyszłość. Wszystko zmieniło się w chwili, gdy w styczniu 2025 r. usłyszałam diagnozę choroby nowotworowej. Przeszłam intensywną chemioterapię, która bardzo wyniszczyła mój organizm. Jestem po mastektomii z wycięciem węzłów chłonnych – operacji, która była ogromnym wyzwaniem zarówno fizycznym, jak i emocjonalnym. To doświadczenie odebrało mi poczucie bezpieczeństwa, ale nie odebrało woli walki. Obecnie jestem na etapie radioterapii. To niezbędny krok w drodze do zdrowia. Najtrudniejsze jest dla mnie to, że choroba odbiera mi siły, które chciałabym poświęcać moim dzieciom. Każdego dnia walczę nie tylko o siebie, ale przede wszystkim o to, by móc być dla nich mamą – obecną, zdrową i pełną życia.

0 zł z 10 000 zł
0%