Zbiórki

Monika Leśnikowska, Częstochowa

Monika - nowotwór piersi

Dzień dobry, mam na imię Monika. Zwracam się do Państwa z prośbą o wsparcie w mojej walce z nowotworem piersi HER2-dodatnim, luminalnym typu B, który dał przerzuty do mostka i żeber. Obecnie przechodzę intensywne leczenie paliatywne obejmujące chemioterapię, leczenie anty-HER2, hormonoterapię oraz bifosfoniany. To długa i wymagająca droga, która daje mi szansę na zatrzymanie choroby i jak najdłuższe aktywne życie. Jeszcze niedawno byłam osobą samodzielną i niezależną. Pracowałam, radziłam sobie z codziennymi obowiązkami i problemami, nie prosząc nikogo o pomoc. Choroba zmieniła jednak wszystko. Czynności, które kiedyś były dla mnie zwyczajne i nie wymagały wysiłku, dziś często stają się dużym wyzwaniem. Są dni, kiedy skutki leczenia i choroby są tak silne, że nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Osłabienie, zmęczenie, ból oraz inne dolegliwości sprawiają, że muszę korzystać z pomocy najbliższej rodziny i znajomych. Nawet tak proste sprawy, jak zrobienie zakupów, załatwienie codziennych spraw czy wyjście z domu bywają ponad moje siły. Zdarza się, że organizm po prostu odmawia posłuszeństwa. Mimo trudności nie poddaję się i nie tracę nadziei. Każdego dnia walczę o zdrowie, sprawność i możliwość powrotu do jak najbardziej normalnego życia. Mam dla kogo walczyć. Chcę nadal być wsparciem dla mojej córki, towarzyszyć jej w ważnych momentach życia i cieszyć się każdym wspólnie spędzonym dniem. Marzę o tym, by doczekać wnuków, patrzeć, jak dorastają, stawiają pierwsze kroki, rozwijają swoje pasje i odkrywają świat. Chcę być obecną mamą i kiedyś kochającą babcią, która może uczestniczyć w życiu swojej rodziny. Środki ze zbiórki zostaną przeznaczone na wydatki związane z leczeniem, zakup leków i środków wspomagających, dojazdy do placówek medycznych, badania, rehabilitację oraz codzienne potrzeby wynikające z choroby i jej skutków. Każdy dzień jest dla mnie walką, ale także nadzieją. Wierzę, że dzięki leczeniu i wsparciu ludzi dobrej woli będę mogła jak najdłużej cieszyć się życiem i obecnością moich bliskich. Z całego serca dziękuję za każdą wpłatę, udostępnienie zbiórki i okazane wsparcie. Każda pomoc przybliża mnie do celu, jakim jest dalsze leczenie i możliwość spędzenia jeszcze wielu pięknych chwil z rodziną.

19 660 zł z 25 000 zł
78%
Łukasz Dołębski, Nakla

Międzybłoniak otrzewnej - spersonalizowana terapia ostatnią szansą dla Łukasza

Łukasz ma 44 lata. To człowiek, który nigdy nie szukał rozgłosu - cichy, skromny samotnik, nigdy nikogo nie prosił o pomoc, którego największą pasją jest wędkowanie, podróże i spokój na łonie natury. Ukończył politologię na UMCS w Lublinie, pracował w lokalnej firmie produkującej palety drewniane. Niestety 5 lat temu jego plany życiowe i sens życia runęły. Diagnozabrzmiała jak wyrok śmierci - międzybłoniak otrzewnej - ekstremalnie rzadki i agresywny nowotwór. Jakby tego było mało, w tym samym czasie kiedy jego świat się walił, odeszła od niego żona. Łukasz został zmuszony do walki z nowotworem w pojedynkę. Ale nie pozwoliliśmy mu na to - My - jego rodzice i młodsza siostra - stanęliśmy za nim murem. Łukasz nie zgodził się na chemioterapię, po długim gojeniu rany wrócił do pracy i w miarę normalnego życia. Jednak w styczniu tego roku nowotwór uderzył nagle ze zdwojoną siłą. Doszło do ostrej wznowy, mimo regularnych wizyt u onkologa. Lekarze przeprowadzili dramatyczną operację ratującą życie - Łukasz stracił większą część jelita cienkiego, wyłoniono dwie stomie, a jego codziennością stało się żywienie pozajelitowe, ciągłe zmiany opatrunków, wenflonów i zastrzyki. Po 2 tygodniach na OIOM-ie system medyczny rozłożył ręce. Łukasza przeniesiono do hospicjum. Usłyszeliśmy okrutne słowa - "Na ten nowotwór nie ma leczenia, pacjenci nie przeżywają...". Jednak my nie pogodziliśmy się z tym wyrokiem. W czasie gdy Łukasz przebywał w hospicjum, my poruszyliśmy niebo i ziemię, dotarliśmy do jednego z najwybitniejszych onkologów w Polsce. Zaproponował specjalistyczne badania genetyczne Exacta w Wielkiej Brytanii, niezwykle kosztowne, ale dające nadzieję. Łukasz od ponad miesiąca przebywa w domu w tzw. hospicjum domowym - opiekujemy się nim 24 godziny na dobę. Wszystkim nam jest ciężko, ale musimy być dzielni i walczyć. Miesiąc temu przyszły wyniki z Wielkiej Brytanii. Stało się coś, w co inni lekarze nie wierzyli - wyniki badań dały nam konkretną odpowiedź - zielone światło do walki! Ta walka kosztuje fortunę, a czas ucieka! Dla Łukasza stworzono spersonalizowaną terapię. Jest już po pierwszych wlewach dożylnych celowanych substancji, które mają niszczyć komórki nowotworowe oraz stymulować układ odpornościowy do walki. Pojawiła się realna szansa na życie dla Łukasza. Niestety, barierą potwornie trudną do przejścia stają się koszty tej terapii. Leczenie odbywa się w Szczecinie - a wizyty muszą odbywać się regularnie co 3 tygodnie. Koszty specjalistycznych leków, transportu, opieki lekarskiej rujnują nasz budżet. Nie wiemy, jak długo może potrwać terapia, ale wiemy, że nie wolno nam jej przerwać. Przerwanie leczenia oznaczałoby poddanie się bez walki i zwycięstwo międzybłoniaka. Łukasz chce żyć. Pragniemy, by jeszcze kiedyś mógł w spokoju usiąść z wędką nad wodą i nie być od nikogo zależny. Bardzo prosimy Was o pomoc w sfinansowaniu tego medycznego cudu. Każda wpłata, każda złotówka i każde udostępnienie tej zbiórki to dla naszego syna i brata szansa na jutro. Z całego serca dziękują- Rodzice i Siostra Łukasza

75 zł z 250 000 zł
0%
Maya Royek, Warszawa

Pomóż mi przeżyć

Mam 48 lat. Samotnie wychowuję moją 15-letnią córkę, Ninę. Piętnaście lat temu zdiagnozowano u mnie glejaka mózgu. Wydawało się, że wygrałam tę walkę, jednak dwa i pół roku temu choroba wróciła ze zdwojoną siłą. Od czasu wznowy przeszłam trzy poważne operacje mózgu, niemal dwa lata chemioterapii oraz dziesiątki badań i konsultacji. Dziś moje możliwości leczenia w Polsce praktycznie się wyczerpały. Guz jest nieoperacyjny, nacieka ośrodek ruchu i powoduje znaczny niedowład, który coraz bardziej ogranicza moje codzienne funkcjonowanie. Potrzebuję kosztownej rehabilitacji, nierefundowanych leków oraz specjalistycznych konsultacji za granicą. Moją szansą mogą być programy leczenia niedostępne w Polsce. Zwracam się do Państwa z prośbą o pomoc w przedłużeniu mojego życia. Nie marzę o rzeczach wielkich. Chciałabym tylko mieć czas. Czas, by być przy mojej córce. Czas, by zobaczyć, jak kończy 18 lat i wkracza w dorosłość. Każda wpłata daje mi szansę na dalszą walkę i kolejne wspólne chwile z Niną. Dziękuję za każdą pomoc i okazane serce. Maja

47 819 zł z 1 000 000 zł
4%
Anna Musiał, Wrocław

Rak tarczycy nie odbierze mi głosu!

Zbieram środki na wsparcie w leczeniu raka tarczycy, ponieważ na trzy dni przed pierwszą operacją niespodziewanie straciłam pracę. Przeszłam już dwa zabiegi usunięcia tarczycy oraz węzłów chłonnych, a obecnie moim jedynym źródłem utrzymania jest skromny zasiłek. Aktualnie czekam na kluczowe leczenie radiojodem w Narodowym Instytucie Onkologii w Gliwicach. Koszty dojazdów, specjalistycznej diety oraz niezbędnych leków i konsultacji medycznych całkowicie przerastają moje obecne możliwości finansowe. Każda, nawet najmniejsza wpłata, pozwoli mi skupić się na walce o zdrowie i powrocie do normalnego życia.

15 503 zł z 22 000 zł
70%
Dominika Rugor, Jastrzębie-Zdrój

Szansa na nasze marzenie

Jeszcze niedawno całe nasze myśli były skupione na jednym marzeniu - zostać rodzicami. Leczenie, kolejne wizyty, nadzieja i walka o dziecko stały się częścią naszego życia. Niestety wszystko nagle przerwała diagnoza nowotworu. Dziś jestem już po pierwszej chemii i próbuję znaleźć w sobie siłę do dalszej walki. Każdy dzień to ogromny stres, leczenie, kolejne badania i wyjazdy do szpitala. Dojazdy z Jastrzębia do Bytomia pochłaniają ogromne środki, a koszty zaczynają nas przerastać. Mimo strachu staram się nie tracić nadziei - ani na zdrowie, ani na przyszłość, o którą walczyliśmy od tak dawna. Każda wpłata, udostępnienie i dobre słowo pomagają mi przejść przez ten bardzo trudny czas. Dziękuję z całego serca za każdą pomoc i wsparcie.

10 zł z 2 000 zł
0%
Maria Wanda Niemczynowicz, Banie

Na pomoc w dalszej walce

Dzień dobry wszystkim, którzy czytają moją historię. Myślałam, że już doczekam spokojnej starości, patrząc jak dorasta moja wnusia. W moim wieku 83 lat myśli się, że już tyle się przetrwało i przeżyło, że teraz tylko usiąść w ogródku i patrzeć na kwiatki 🤔 Niestety nie zawsze tak jest, jak sobie myślimy i chcielibyśmy, żeby było... Wiadomo, że w tym wieku ma się masę zdrowotnych problemów i jest ich już tyle, że naprawdę wystarczy. Problemy z sercem skłoniły mnie do badań klatki piersiowej i przy okazji pani dr powiedziała, żebym zrobiła mammogrfię. Wynik był paraliżujący i nagle nogi uginają się pod tobą... Niedowierzanie, strach, lęk i wszystko, co możliwe. Wynik histopatologiczny nie był dla mnie łaskawy "rak złośliwy z przerzutami do węzłów chłonnych". Nie będę Was zanudzać moimi opowieściami o kolejnych badaniach, operacji, a teraz przede mną jeszcze 17 dni radioterapii. Nie będę mówić o bólu, o myślach, z jakimi się człowiek boryka każdej nocy i każdego dnia. Chcę Was tylko prosić: jeżeli możecie, przekażcie mi swoje 1.5% podatku, żebym opłaciła noclegi i dojazdy na leczenie. Aktualnie jestem u sióstr zakonnych i naprawdę jest super. Gorzej tylko, że nie zawsze starcza na opatrunki, leki i maści, które teraz mam przed radioterapią. Dzieci pomagają, jak mogą, ale każdy wie, jakie są emerytury, a obie córki już emerytki. Gdybyście mogli mi pomóc dotrwać w spokojnej głowie, że wykupię leki i opłacę inne najpilniejsze wydatki, byłoby super. Nie pragnie się niczego, wierzcie mi, że nic nie ma już znaczenia. Kiedyś wszystko było ważne, dziś straciło na ważności. Liczy się tylko, żeby starczyło na leczenie, na nic więcej...

1 220 zł z 10 000 zł
12%
Sandra Tokajuk, Milejczyce

Rak złośliwy piersi

Złośliwy rak piersi – ta diagnoza zwaliła mnie z nóg. Załamanie nerwowe, brak sił do życia... Jednak mam dla kogo żyć! Ta myśl dała mi nadzieję i siłę do walki z potworem, który we mnie zamieszkał. Jestem na samym początku tej trudnej drogi. Wystraszona i zdezorientowana. Pierwsza chemioterapia odebrała mi resztki sił. Bóle kostno-stawowe są trudne do wytrzymania, do tego dochodzą wycieńczające wymioty. Leżę i czekam na poprawę, na odzyskanie choćby części sił do walki. Boję się o przyszłość... Co będzie, gdy mnie zabraknie? Mój 7-letni synek potrzebuje matki, a mąż żony. Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę zmuszona prosić o pomoc finansową. Dotychczas to ja starałam się wspierać innych w potrzebie. Niestety, życie uczy pokory. Teraz to ja z całego serca proszę wszystkich ludzi dobrej woli o wsparcie mojej zbiórki. Walka z chorobą wymaga ogromnych nakładów finansowych, na które nas po prostu nie stać. Dojazdy do BCO (ponad 100 km w jedną stronę), odpowiednia suplementacja, terapie wspomagające – to tylko niektóre z ogromnych wydatków, które przed nami stoją. Każda, nawet najmniejsza wpłata będzie dla mnie realnym wsparciem i szansą na powrót do zdrowia. Już teraz z całego serca dziękuję za każdą pomoc i udostępnienie. Chcę żyć dla moich ukochanych chłopaków!

990 zł z 20 000 zł
4%
Bożena Domagalska, Pisz

Walka o zdrowie

Dzień dobry, Nazywam się Bożena. Przed chorobą byłam w toksycznym małżeństwie. Nowotwór zdiagnozowano u mnie po tym, jak były mąż mnie pobił i złamał mi żebro. Podczas tomografii wykonanej po tym zdarzeniu wykryto dwa guzy nowotworowe. Dziś, po walce z chorobą, ale też o zwyczajne, bezpieczne życie, chciałabym zrealizować wiele rzeczy, których wcześniej nie mogłam. Mam córkę Julię, ma już 21 lat i wciąż jest moim oczkiem w głowie. Choruję na złośliwego raka piersi. Z chorobą walczę od końca 2022 roku. W tym czasie przeszłam mastektomię i histerektomię. Obecnie jestem w trakcie leczenia hormonalnego oraz chemioterapii. Gdy dowiedziałam się o chorobie, byłam przerażona i myślałam, że to koniec mojego życia - tym bardziej, że moja mama zmarła na raka, gdy miałam 3 lata. W tym trudnym czasie największym wsparciem była dla mnie rodzina, a przede wszystkim moja córka. Niestety mój mąż wówczas złożył pozew o rozwód i nie mogłam mieszkać w domu, co było dodatkowym ciosem. Paradoksalnie to także motywowało mnie do dalszej walki - zarówno z chorobą, jak i o własną niezależność. Bardzo chciałabym wrócić do pracy, najlepiej w kwiaciarni, ponieważ od dziecka kocham kwiaty, a poza tym ukończyłam technikum ogrodnicze. Obecnie jestem na rencie chorobowej. Do szpitala mam 120 km w jedną stronę i kilka razy w miesiącu dojeżdżam na wizyty, bo poza rakiem leczę się także kardiologicznie (nadciśnienie, przeszłam ablację), mam usuniętą tarczycę i jestem po stabilizacji kręgosłupa. Z renty trudno jest mi pokryć koszty dojazdów oraz leków. Będę bardzo wdzięczna za każdą możliwą pomoc i wsparcie. Z wyrazami szacunku, Bożena

200 zł z 50 000 zł
0%
Danuta Morton, Wejherowo

Mój nowotwór mnie nie zabije

Mam na imię Danuta i mam 55 lat. Mam raka złośliwego lewej nerki. Zachorowałam po raz drugi w życiu. Pierwszy raz choroba przyszła w 1996 roku - wykryto guz lewego jajnika z przerzutami na macicę. Przeprowadzono operację, usunięto macicę i jajniki oraz zastosowano chemioterapię według schematu BeP. Po wyczerpującym leczeniu przez długi czas, właściwie do dziś, towarzyszą mi skutki uboczne. Najgorsze było to, że jako młoda mężatka dowiedziałam się, że nigdy nie zostanę matką. Rozpadło się moje pierwsze małżeństwo. Zostałam sama, zraniona, załamana i "bez przyszłości”. W tym roku podczas badania USG wykryto guz w lewej nerce. Wykonano tomografię komputerową oraz biopsję. Wynik rzucił mnie na kolana po raz drugi - nowotwór złośliwy. Po diagnozie przeprowadzono operację 10.04.2026 roku. Zbieram siły po niej i czekam na dalsze leczenie oraz ustalenie planu terapii. Jestem rozbita. Po raz drugi nowotwór pojawił się w moim 55-letnim życiu. Musiałam zrezygnować ze studiów, marzeń i pasji. Czuję ogromny ból fizyczny, ale jeszcze większy psychiczny. Jestem załamana. Nie wiem, co będzie dalej i czy będę żyć, a mam dla kogo - dla mojej niepełnosprawnej, adoptowanej córki. Muszę walczyć, ale to bardzo trudne. Znacznie pogorszyła się moja sytuacja finansowa. Potrzebuję wsparcia nie tylko finansowego, ale także psychicznego. Potrzebuję pomocy psychiatry, psychologa i rehabilitacji. Czekają mnie kolejne badania, dojazdy do szpitali, zakup pieluchomajtek, leków i suplementów diety. Nie dam rady bez pomocy finansowej i psychicznej. Jestem bezsilna. Wszystko rozsypało się na małe fragmenty, a ja muszę się pozbierać dla chorej córki. Czekam na dalszy plan leczenia, a to czekanie „zabija”. Proszę o pomoc - nie zostawiajcie mnie samej. Jestem z chorym, niepełnosprawnym mężem i niepełnosprawną córką. Muszę żyć, muszę się wyleczyć. Nie mam rodziny ani nikogo, kto powiedziałby: „Wiem, w jakim jesteś stanie”. Muszę po raz drugi stanąć do walki ze śmiertelnym wrogiem - nowotworem. Zdrowym ludziom trudno zrozumieć stan osoby chorej na raka. To zmienia wszystko w organizmie i psychice. U mnie dzieje się to po raz drugi i wiem z doświadczenia, że przede mną długa i ciężka droga. Nie wiem, jaki będzie jej finał. Wiem jednak, że muszę walczyć dla córki. Do walki potrzebne są siły i wsparcie innych ludzi oraz rodziny, a ja oprócz męża i córki nie mam nikogo. Dziękuję. --- Aktualizacja Mój stan zdrowia pogarsza się z dnia na dzień. Fizycznie i psychicznie jestem wykończona, a to dopiero początek bitwy i nie wiem, jaki będzie wynik tej wojny. Muszę wygrać - dla Wiki, dla siebie i dla męża. Moja jedyna prawa nerka źle pracuje. Podwyższony poziom kreatyniny mówi, że coś jest nie tak. Za dwa tygodnie mam wizytę u onkologa oraz - co teraz bardzo ważne - u nefrologa. Konsultacja urologiczna przebiegła pozytywnie, jednak wysoki poziom kreatyniny wskazuje, że z nerką dzieje się coś niepokojącego, dlatego teraz przechodzę pod opiekę nefrologa. Mam bóle brzucha i podbrzusza. Mój metabolizm nie działa prawidłowo. Stan ogólny ciągle się pogarsza. Stan psychiczny kontroluje psychiatra oraz psychoonkolog szpitalny. Tracę masę ciała i mięśnie. Nie wychodzę sama z domu, bo boję się, że gdzieś zemdleję. W mojej głowie ciągle wiruje - nawet leżąc w łóżku, mam wrażenie, że wiruje pokój i łóżko. Podobno to objawy po usunięciu nerki, które mogą trwać nawet do 6 miesięcy. Organizm i mózg muszą przestawić się na pracę jednej nerki. Jednak wysoki poziom kreatyniny po usunięciu nerki nie wróży dobrze. Lekarze mówią, że może się to unormować, ale nikt nie jest w stanie dać mi stuprocentowej pewności. Na jednym ze zdjęć są fotografie z Dnia Matki, kiedy córka zrobiła mi dzień spa, a mąż robił okłady, aby zbić prawie 40-stopniową gorączkę. Najbardziej boję się urosepsy (posocznicy), którą już raz zwalczałam dwa lata temu. To był koszmarny czas - połowy rzeczy z tamtego okresu nie pamiętam. Na szczęście dzięki lekarzom i szybkiej reakcji męża udało się pokonać tę śmiertelną chorobę. Cóż więcej mogę powiedzieć? Pozostaje czekać. I będę czekać oraz walczyć tyle, ile mam sił. Ale proszę - nie zostawiajcie mnie samej. Pomóżcie mi. Człowiek chory wszystko przeżywa mocniej, a stan psychiczny jest jak rollercoaster. Pomóżcie mi, kochani. Z całego serca dziękuję wszystkim. 🩵❤️

6 180 zł z 15 000 zł
41%
Zofia Niedbała, Kraków

Nowy Rok - nowy początek...

Nowy Rok – nowy początek Dla mnie Nowy Rok 2026 nie przyniósł nadziei ani planów. Przyniósł strach, bezsilność i diagnozę, która w jednej chwili odebrała mi poczucie bezpieczeństwa. 1 stycznia 2026 roku trafiłam na Szpitalny Oddział Ratunkowy. Od kilku dni zmagałam się z narastającym, pulsującym bólem w tylnej części głowy, który nasilał się szczególnie rano. W Nowy Rok stał się on nie do zniesienia. Był inny niż ból migrenowy, na który cierpię od dziecka. Do tego doszły: chwiejny chód, zaburzenia koordynacji, podwójne widzenie.Po sześciu godzinach badań usłyszałam, że w moim móżdżku znajduje się guz o średnicy około dwóch centymetrów. Guz, który pojawił się nagle i bardzo szybko — jeszcze trzy lata wcześniej tomografia głowy nie wykazywała żadnych zmian. W tamtej chwili świat, który znałam, po prostu się zatrzymał.16 stycznia przeszłam operację neurochirurgiczną. Każda minuta przed nią była przepełniona lękiem, czy się obudzę i w jakim stanie. Po operacji przyszła najgorsza wiadomość — wynik badania histopatologicznego potwierdził złośliwy nowotwór mózgu IV stopnia – medulloblastoma (rzadko występujący u dorosłych, złośliwy nowotwór, wymagający intensywnego leczenia specjalistycznego.) To była diagnoza, która brzmiała jak wyrok i odebrała mi grunt spod nóg. Od tego momentu moje życie podporządkowane jest chorobie. Przede mną długie leczenie radiologiczne i onkologiczne, specjalistyczne badania, leki, dojazdy do ośrodków medycznych oraz rehabilitacja. Każdy dzień to walka nie tylko z bólem i strachem, ale także z myślą, czy wystarczy mi środków, aby to wszystko udźwignąć. Jestem samotną matką. Sama wychowuję syna, który niedawno rozpoczął studia i dopiero stawia pierwsze kroki w dorosłym życiu. Do tej pory to ja byłam jego oparciem — dziś sama potrzebuję wsparcia. Choroba odebrała mi możliwość normalnej pracy i stabilnego dochodu. W obliczu nagłej i ciężkiej diagnozy każda forma pomocy ma dla mnie ogromne znaczenie.Proszę o zrozumienie i wsparcie w jednym z najtrudniejszych momentów mojego życia.

0 zł z 10 000 zł
0%
Daniel Szostek, Bielsko-Biała

Przeszczep szpiku kostnego

Witajcie, mam na imię Daniel Szostek. Zwracam się do Was z prośbą o pomoc o jedyną szansę na wyzdrowienie, którą jest przeszczep szpiku kostnego. Zostałem już zakwalifikowany, ale przeszkodą do tego jest wyleczenie moich zębów. Wszystkie zabiegi, które są przeprowadzane, są nierefundowane. Z moją chorobą walczę już rok i jestem po chemioterapii, która zniszczyła moje zęby. Przed zachorowaniem byłem aktywną osobą i miałem wiele pasji: chodzenie po górach, jazda na rowerze, kajakarstwo, piłka nożna. Niestety nie mogę teraz tego kontynuować i jedyny sosób, żeby wrócić do dawnego życia to przeszczep komórek macierzystych. Obecnie jestem na rencie od roku i razem z żoną nie starcza nam na leczenie. Bardzo Was proszę o pomoc.

355 zł z 50 000 zł
0%
Dorota Kimus, Warszawa

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że Dorota odeszła...

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że Dorota odeszła... Składamy szczere wyrazy współczucia jej rodzinie i bliskim, Zarząd Fundacji Alivia. Zbiórka Doroty została zamknięta. Prosimy nie przekazywać darowizn na ten cel. ………………………………………………………..***…………………………………………………………. Nie spodziewałam się, że moje życie może zmienić się tak nagle. Jestem Dorota, mam 20 lat. Byłam na wyjeździe wakacyjnym - wycieczka objazdowa, miała to być chwila wytchnienia, poznawania świata, zawierania znajomości. Musiałam jednak wrócić wcześniej przez tragiczne samopoczucie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to początek czegoś, co odbierze mi wszystko. Gdy wróciłam do Polski udałam się do szpitala: Diagnoza była jak wyrok: ostra białaczka szpikowa. Wraz z nią szpital, konsultacje lekarskie, pobrania krwi, biopsja szpiku, zakładanie portu, prześwietlenia i mnóstwo innych badań. Po dwóch tygodniach - chemioterapia, pierwszy cykl zadziałał na mnie w pełni, lekarz przyszedł z informacją - remisja. To oczywiście nie był koniec walki, tylko początek 6 miesięcy chemii podtrzymującej. Całe dni spędzone na oddziale dziennym, badania krwi co tydzień i ciągłe wizyty w poradniach. Miałam dostać przeszczep już w styczniu, posiadałam wszystkie zaświadczenia, byłam gotowa na przyjazd na oddział, niestety mój dawca zachorował i zostałam zmuszona czekać kolejne miesiące. Kolejny przeszczep był planowany na kwiecień/maj, ku zdziwieniu wszystkich w lutym zaczęłam gorączkować i na moim ramieniu pojawił się guzek, który został wycięty i poddany badaniom. W oczekiwaniu przeszłam mnóstwo badań, w których nic nie wynikało. Wtedy przyszedł wynik badania histopatologicznego - naciek białaczkowy. Po tym szybko pojawiły mi się guzki na węzłach chłonnych, rosnące nad wyraz szybko. Węzły chłonne wewnątrz brzucha również zaczęły się powiększać i uciskać na inne narządy. Nie doczekałam się przyjęcia na oddział w ustalonym terminie, ból był zbyt duży, pogotowie i lekarz na SOR’ze dali mi przeciwbólowe w większych dawkach i zostawili. Dopiero gdy przyszłam do doktor prowadzącej, udało się mnie umieścić na oddziale szybciej, za co jestem wdzięczna. Wtedy usłyszałam wznowa - ostra białaczka szpikowa z wyjściem poza szpikowym. Tutaj zaczęła się kolejna seria badań i otrzymanie chemii ratunkowej. Zadziwiając wszystkich, zniosłam to bez żadnych powikłań, jednakże chemia nie zadziałała, tak jak tego chciano. Zmiany zmniejszyły się, ale widoczne węzły chłonne po jej zakończeniu zaczęły się znowu powiększać. Ta choroba zabrała mi moje dotychczasowe życie. Zamknęła mnie w szpitalu i postawiła oko w oko z czymś, czego tak bardzo się boję - ze śmiercią. A ja nie chcę umierać. Jestem młoda, mam plany, marzenia i całe życie przed sobą. Niedawno zaczęłam studia prawnicze, miałam pracę, wchodziłam w dorosłość z nadzieją i poczuciem, że wszystko jest możliwe. Zawsze interesowałam się fotografią i tańcem. Mam kochającą rodzinę i przyjaciół, którzy są dla mnie ogromnym wsparciem. Niektórzy lekarze nie wierzą w powodzenie dalszego leczenia, ale ja jestem silna, mój organizm wytrzymał jedną bardzo silną chemię i jestem gotowa na kolejną, aby mieć szansę na dalsze życie. Możliwa jest potrzeba znalezienia innego ośrodka w Polsce lub za granicą w trybie pilnym. Dziś moją codziennością jest leczenie i walka o każdy kolejny dzień. Chcę żyć. Chcę wrócić do tego wszystkiego, co dopiero zaczęłam budować. Dlatego proszę o pomoc. Potrzebuję środków na sprowadzenie leku z zagranicy, dojazdy do placówek medycznych oraz środki medyczne. Każde wsparcie daje mi szansę na dalsze leczenie i odzyskanie przyszłości. Dziękuję z całego serca.

148 615 zł z 150 000 zł
99%