Zbiórki

Yulia Petukhova, Tłuszcz

Dziękuję!

Zbiórka została zakończona! ******************************************************************************************************** Mam na imię Yulia (Julia). Mam 36 lat. Pochodzę z Syberii, a dokładnie z południowego Uralu z miasta Czelabińsk. Do 33 roku życia mieszkałam w Rosji. Ukończyłam studia prawnicze, przez 15 lat pracowałam jako radca prawny. Zawsze prowadziłam zdrowy i aktywny tryb życia. W związku z tym, że mam polskie korzenie, byłam członkinią Organizacji Polonijnej „Solaris” w Czelabińsku. Nasza organizacja to stowarzyszenie potomków Polaków na Syberii, osób o polskich korzeniach, a także wszystkich zainteresowanych polską kulturą i tradycjami. Tam uczyłam się języka polskiego i marzyłam o Polsce. Zawsze wierzyłam, że marzenia się spełniają. Dzięki losowi poznałam swojego męża – podróżnika po Syberii, artystę-rękodzielnika Piotra i 3 lata temu przeprowadziłam się do Polski. Ułożyłam tu swoje życie: mieszkamy z Piotrem na wsi, znalazłam też pracę. Mieliśmy wielkie plany na przyszłość, marzyliśmy i radowaliśmy się z naszego szczęścia, ale w połowie października tego roku nagle dowiedziałam się o mojej chorobie. Mam przewlekłą białaczkę szpikową, rozpoznaną w kryzie mieloblastycznej. W lutym 2020r. miałam przeszczepienie szpiku od mojej rodzonej siosty. Obecnie przechodzę leczenie i rehabilitację. Zbieram środki na dojazdy do szpitala, ponieważ mieszkam poza Warszawą, opłatę leków oraz rehabilitację po przeszczepie. Jestem osobą silną, mam syberyjski charakter, nie poddaję się, myślę pozytywnie. Jestem młoda, mam całe życie przed sobą, mam kochanego męża, rodziców, siostrę i innych członków rodziny. Potrzebuję waszej pomocy, bo mam trudny etap w życiu. Wierzę w dobre serca ludzi i jasną stronę życia. Gorąco pozdrawiam i z góry dziękuję.

10 582 zł
105%
Dominik Głód, Lachowice

Zbiórka na dalsze leczenie

Mam na imię Dominik, mam 22 lata. Niecały rok temu stwierdzono u mnie nowotwór złośliwy jądra. Oparciem w trudnych chwilach są dla mnie przyjaciele, dziewczyna i ukochany pies. Od lipca przyjmuję chemię. Leczenie uniemożliwia mi pracę oraz znacznie ogranicza moje środki finansowe. Częste wizyty u onkologa, a także dojazdy na kolejne cykle pochłaniają sporą część budżetu. Z racji obniżonej odporności nie mogę korzystać z komunikacji miejskiej. Będę wdzięczny za każdą ofiarowaną mi pomoc w walce o życie.

10 058 zł
100%
Izabela Kordowska, Chełmno

Walczy z nowotworem kości, po raz kolejny ma nawrót choroby.

„Pokażmy, jak wielkie mamy serca i na co nas stać..." Mam na imię Iza, obecnie mam 45 lat i niespełnione marzenia. W 2009 r. zdiagnozowano u mnie nowotwór złośliwy kości, tkanek miękkich i chrząstki stawowej. To było dla mnie, jak wyrok. Od tego czasu jestem intensywnie leczona w kilku specjalistycznych ośrodkach. Niestety, jak dotąd wszelkie zabiegi i leczenie nie przyniosły spodziewanych efektów i ciągle walczę, aby uniknąć amputacji prawej kończyny dolnej, co za chwilę będzie nieuniknione. Wszystko zaczęło się niepozornie i niespodziewanie bólem nogi i wysoką gorączką. Z tymi objawami trafiłam do szpitala: najpierw w Toruniu, Otwocku – z podejrzeniem gruźlicy kości i tam byłam operowana i leczona pod tym kątem. Kiedy stan zdrowia się nie poprawiał i objawy nie ustępowały zostałam poddana ponownej operacji. Wtedy usłyszałam wyrok na całe dalsze życie - diagnozę mojej choroby. Zostałam poddana leczeniu onkologicznemu w ośrodku do tego przystosowanym w Bydgoszczy (konsultowana okresowo w Warszawie); przez cały ten czas otrzymywałam chemioterapię, po której mój stan poprawiał się na krótko, po czym choroba znowu nawraca i daje znać o sobie. Kilka razy przechodziłam radioterapię. Miałam naświetlane kolejne okolice, co skończyło się powikłaniami w okolicach prawego podudzia – uszkodzenie nerwów, niedowład kończyny oraz opadanie stopy i martwica tkanek. Obecnie mam kolejny nawrót choroby i guz w tej okolicy. Lekarze rozkładają ręce. Jedyne rozwiązanie jest drastyczne - amputacja nogi do kolana, a i to może okazać się nieskuteczne. Niestety mieszkam w bloku bez windy na 3 piętrze i będę do końca walczyć, aby do tego nie doszło. Przestałam już liczyć kolejne zabiegi operacyjne i pobyty w szpitalach, przez które przechodzę do chwili obecnej. Na tym nie koniec, bo dołączyły się jeszcze różne choroby współistniejące i powikłania po leczeniu onkologicznym (od gronkowca, patologiczne złamanie kości udowej aż do tętniaka przegrody między przedsionkami z przeciekami). Właśnie w chwili obecnej jestem po ciężkim zabiegu kardiochirurgicznym - listopad 2015 r. Staram się to wszystko przyjmować z pokorą i jakoś żyć z "niechcianym przyjacielem -; rakiem", ale niestety największym problemem są wysokie koszty leczenia, ograniczony dostęp do niektórych świadczeń oraz limity do lekarzy specjalistów i długi okres oczekiwania na rehabilitację (nawet od kilku do kilkunastu miesięcy), gdzie tu liczy się czas i każdy dzień jest u mnie na wagę złota! Na leczenie – lekarstwa, opatrunki, wizyty u specjalistów, badania, dojazdy do różnych ośrodków i życie (opłaty + wyżywienie + inne codzienne potrzeby) mam zaledwie 940 zł miesięcznie renty wraz z dodatkiem pielęgnacyjnym na rękę. Nie chcąc niweczyć dotychczasowych efektów leczenia, jestem zmuszona korzystać częściowo z prywatnych praktyk, badań i zabiegów ze względu na długie terminy i limity wprowadzane przez NFZ. Nawet przy wsparciu rodziny i najbliższych nie na wszystko mi starcza funduszy. Same leki - to ogromny wydatek, a do tego częste dojazdy do placówek. Obecnie podjęto decyzję o zabiegu usunięcia ponownego ogniska z podudzia i docelowo przeszczepie kości i tkanki mięśniowej tej okolicy (aby spróbować zapobiec amputacji), do tego konieczne leczenie wspomagające, ponownie chemio i radioterapia, a jeszcze intensywna rehabilitacja. Uwielbiam grać na organach – to pozwala mi chociaż na chwilę oderwać się od rzeczywistości i zapomnieć o chorobie i ograniczeniach z nią związanych (poruszam się przy pomocy dwóch kul łokciowych, po dwóch latach spędzonych na wózku inwalidzkim). Wcześniej ukończyłam szkołę pielęgniarską, jednak choroba przekreśliła moje marzenia i spełnienie zawodowe; przez kilka lat pracowałam na oddziale noworodkowym, co było od zawsze moim pragnieniem - chciałam pracować z dziećmi. Mam świadomość, że przezwyciężyć chorobę i pokonać raka nie jest rzeczą łatwą i często niemożliwą. Jak na razie jest tylko szansa na zatrzymanie procesu nowotworowego na pewnie kolejny krótki czas i ciągłe usprawnianie oraz dalsze intensywne leczenie. Wszystko to jest bardzo kosztowne i trudne do osiągnięcia, ale niestety za chwilę mogę przestać w ogóle chodzić i dlatego tutaj składam bardzo niski ukłon w stronę Fundacji i wszystkich ludzi o wielkim sercu prosząc o pomoc i wsparcie. Każdy nowy dzień jest dla mnie nieustanną walką o życie, od której nawet na chwilę nie można odpocząć, ani uciec. Mimo bólu (niwelowanego morfiną co 4 godz.), ograniczeń, strachu i cierpienia staram się „normalnie" funkcjonować, co przychodzi z wielkim trudem i poświęceniem. Dzięki wsparciu, pomocy i życzliwości chce się żyć, chwytać kolejny dzień, każdą jego chwilę i dalej walczyć z nieuleczalną chorobą oraz przeciwnościami losu. Tymczasowo konieczne jest zatrzymanie postępu choroby i intensywna rehabilitacja; niestety to wiąże się z dalszym kosztownym leczeniem, a funduszy nie starcza już obecnie na nic. Dlatego jeszcze raz zwracam się z ogromną prośbą o pomoc i wsparcie w mojej nieustannej walce - dobrym słowem, życzliwym gestem, ale także każdym niezbędnym groszem, bez którego dalsze moje leczenie i godne życie jest wręcz niemożliwe.

8 340 zł
104%
Krzysztof Naróg, Gdańsk

Cel zbiórki został osiągnięty

Szanowni Darczyńcy, jesteśmy ogromnie wdzięczni za Wasze wsparcie! Udało się osiągnąć cel zbiórki, dlatego na chwilę obecną prosimy o nieprzekazywanie darowizn. ………………………………………………………..***…………………………………………………………. Witam wszystkich! Nazywam się Krzysztof Naróg, mam 42 lata. Wraz z żoną wychowuję dwóch wspaniałych synów: Macieja - 18 lat i Michała – 15 lat. Dzięki mojej rodzinie mam siłę i determinację, aby walczyć z chorobą, która pojawiła się nagle i wywróciła nasze życie do góry nogami. W maju 2015 zdiagnozowano u mnie guza w miednicy, który uciskał na nerw kulszowy (stąd ataki bólu rwy kulszowej, które utrudniały mi pracę jako kierowca). W dzień ojca 21 czerwca 2015 r. przeszedłem operację usunięcia guza. Wtedy myślałem, że moje życie wróci do normy. Niestety wynik badania histopatologicznego zwalił mnie z nóg – mięsak Ewinga – nowotwór złośliwy tkanek miękkich. Rozpoczęła się walka o życie. Ponieważ guz nie został w całości usunięty, zostałem poddany agresywnej chemioterapii – 8 cykli co 21 dni. Przed chorobą pracowałem w Niemczech dlatego moje leczenie odbywa się w Monachium. Co trzytygodniowe wyjazdy do szpitala bardzo obciążyły nasz budżet domowy. W grudniu przed świętami Bożego Narodzenia pojechałem na wizytę kontrolną z myślą, że usłyszę słowa - "jest pan już zdrowy". Niestety okazało się, że jestem dopiero na początku drogi, która prowadzi do zdrowia. W połowie stycznia 2016 rozpocząłem 6-tygodniową radioterapię wraz z chemioterapią. Był to czas dla mnie bardzo ciężki, daleko od domu. Tęsknota za rodziną jak i walka ze skutkami ubocznymi leczenia spowodowały u mnie chwilę zwątpienia. Przede mną jeszcze 4 cykle chemii. Specjalna dieta, ciągłe wyjazdy na konsultacje, kontrole i badania pochłaniają całkowicie nasze dochody. Po skończonej chemioterapii czeka mnie długotrwała rehabilitacja nogi, ponieważ guz uszkodził nerw kulszowy i mam niedowład prawej stopy. Zdrowy człowiek nie zastanawia się, ile jest warte życie. Ja i moja rodzina już wiemy. Zwracam się z prośbą do wszystkich chcących pomóc o wsparcie finansowe, które ułatwi mi szybki powrót do zdrowia i wygranie tej nierównej walki.

6 168 zł
123%
Dawid Burko, Gorzów Wlkp

Pomoc w leczeniu chłoniaka

Są ludzie, którzy tak po prostu mają "szczęście do pecha". Nazywam się Dawid i po 23 latach walki z rozmaitymi przeciwnościami takimi jak choroby i wypadki zaczynam uważać, że chyba ja także należę do tego jakże zacnego grona. Tym razem los postawił mnie naprzeciw chuligana zwanego chłoniakiem Hodgkina 3 stopnia zaawansowania (przerzuty do płuc,wątroby,śledziony), grupą wysokiego ryzyka. O ile sama choroba nie jest bolesna, tak każda ciężko chorująca kiedyś osoba wie, iż najbardziej boli widok zamartwiającej się bezradnej rodziny (w tym przypadku Matki), która już 23 lata temu mierzyła swój stres w podobnym stopniu, gdy od razu po moich narodzinach usłyszała moją diagnozę (1% szansna przeżycie i 100% na zostanie roślinką). Dzięki modlitwie mamy i zaangażowaniu pani doktor jest na tyle dobrze, że dziś z roślinami wspólny mam tylko ogródek przed blokiem. Czarny humor świata jest jednak nieustępliwy i od jakiegoś czasu opowiada mi kolejne niesmaczne żarty. Zatrudniłem się w firmie budowlanej z umową na okres próbny trzech miesięcy. Po 2 miesiącach pracy zgłosiłem się do szpitala z trwającą tydzień gorączką rzędu 39-40 stopni. Stawiając na COVID usłyszałem diagnozę chłoniak w 3 stadium zaawansowania, co niestety uniemożliwia mi obecnie dalsze wykonywanie tego i wielu innych zawodów. Podjąłem się leczenia, jednakże kwestia dojazdów do szpitali, kupna leków itp. jest w tej sytuacji dość problematyczna, a nie chcę ponownie obciążać rodziny wydatkami na moje zdrowie. Stronę tę pokazała mi Mama i wspólnie mamy nadzieję, że i tym razem znajdą się dobre serca, które pomogą w tym gorszym okresie. Darowizny na rzecz mojego leczenia można przekazywać za pomocą płatności on-line, karty płatniczej, PayPal lub tradycyjnego przelewu. Aby dokonać wpłaty, kliknij powyżej na czerwony przycisk "Pomóż" w niebieskim prostokącie.

2 007 zł
100%