Zbiórki

Sławomir Busse, Wrocław

Terminator Sławcio - damy radę!

Cześć! Nasza przygoda zaczęła się 1. kwietnia (a dokładniej dzień wcześniej, kiedy to Sławek przyjechał do nas, by następnego dnia udać się do lekarza). Już sam dzień zaczął się wyjątkowo, kiedy pierwszym, co ujrzeliśmy w kwietniu, był śnieg na zewnątrz. Udaliśmy się do lekarza, gdzie ten już po chwili zdecydował o pilnym transporcie do szpitala i podał tlen. Niestety, choć nasza przygoda zaczęła się w tym szczególnym dniu, nie była żartem (w pierwszym momencie nie wszyscy chcieli nam uwierzyć). Później już wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko. Ze względu na problemy z oddychaniem, Sławka przeniesiono do innego szpitala na oddział otolaryngologiczny, gdzie już 4.04 została u niego zastosowana tracheostomia i pobrano wycinek do badań histopatologicznych i sprawdzano wszystko po kolei. Niedługo po tym wrócił do pierwszego szpitala w celu przeprowadzenia dalszej diagnostyki. Weekend spędziliśmy na miejscu we Wrocławiu, by nacieszyć się powietrzem, ale już we wtorek odwiozłam Sławka do ośrodka ze względu na inną chorobę spowodowaną spadkiem odporności (jest tam do dziś). We wtorek, 19.04 Sławek przyjechał do Wrocławia na zdjęcie szwów - tak poznał wstępną diagnozę, która niestety została potwierdzona następnego dnia. Wyniki badań histopatologicznych wykazały raka krtani z naciekami na gardło i przełyk. Każdy, kto choć raz w życiu spotkał Sławka wie, że to troszkę skryty, ale cudowny i zawsze wesoły człowiek. Na pytanie, jak się czuje, od razu po otrzymaniu przeze mnie oficjalnych wyników, odpowiedział: "Oj tam, oj tam, damy radę!". I od tej pory stało się to naszym motto. :) Na początku naszej przygody Sławek otrzymał ksywkę "Terminator". Zdaniem osób przebywających wokół niego, jakby Sławkowi ucięło rękę, założyłby plasterek (albo i nie) i poszedłby dalej z uśmiechem na twarzy. Dla mnie osobiście to po prostu Sławcio. Sławcio, który bije mnie po głowie swoimi zwiniętymi wynikami badań mówiąc, że mam się nie przejmować; który na spacerze w parku nauczył mnie, jak odróżniać kaczora od kaczki, a przez okno szpitalne jak odróżnić sikorkę od gila; a także (ku mojemu ogromnemu niezadowoleniu) uświadomił mi, że wiewiórka, którą widzę na drzewie, to tak naprawdę dzięcioł... No i Sławcio, któremu wredne słodycze uciekają przez okno w szpitalach, jeszcze zanim zdąży na nie spojrzeć. :D Pamiętam swoje słowa w środku nocy do jednej z Pań zajmujących się Sławkiem tuż po założeniu rurki: "Człowieka tak naprawdę można poznać dopiero, kiedy przestaje mówić" i rzeczywiście tak jest. Poznajemy się każdego dnia i każdy dzień jest piękny. Nic nie dzieje się bez przyczyny i tego się trzymamy! Już teraz zaczynają stawać nam na drodze koszta. Sławcio potrzebuje rurki tracheostomijnej, która nie podlega refundacji, a także wymienników ciepła i wilgoci, by móc kontynuować leczenie. Koszt samych wymienników to około 300 zł miesięcznie, do tego dochodzą artykuły higieniczne niezbędne do utrzymania rurki w odpowiednim stanie, a to dopiero początek. Przed nami baaardzo długa droga, diagnostyka, badania i dojazdy na nie, leczenie i wiele wiele innych. Dajmy Sławciowi cieszyć się życiem, zamiast martwić wydatkami. Damy radę, musimy! Dziękuję z góry za każde okazane wsparcie. Pamiętajcie, dobro wraca i to ze zdwojoną siłą. :)

766 zł
5%
Katarzyna Waloszczyk, Drwęsa

Moja szansa na życie - leczenie i dalsze konsultacje!

Jestem tu, ponieważ mam ogromny głód życia i łatwo się nie poddaję. Mam 44 lata, dwóch wspaniałych, nastoletnich synów i kochającego męża. Czy coś więcej może mi być potrzebne do życia? Tak, zdrowie! Ponad rok temu, podczas porannej kąpieli znalazłam w piersi guza. Diagnostyka potwierdziła, że ten intruz to nie byle jaki przeciwnik, a potrójnie ujemny, bardzo agresywny, oporny na leczenie nowotwór piersi. Rozpoczęła się walka z czasem i owym nieproszonym gościem, który próbuje zniszczyć mi życie. Bez słowa skargi przeszłam agresywną chemioterapię, mastektomię prawej piersi, a następnie radioterapię oraz chemioterapię uzupełniającą. Wewnętrzna siła, wrodzony optymizm i radość z każdego dobrego dnia towarzyszą mi w kolejnym już starciu z nowotworem. Jako 24-latka wygrałam swoją pierwszą walkę z ziarnicą złośliwą. Wierzę, że mam w sobie siłę, by ten sukces powtórzyć. Tym razem jednak przeciwnik jest znacznie silniejszy. Standardowe leczenie onkologiczne nie daje mu rady. Krótko po operacji postanowił zmienić lokum i przeniósł się do płuc. Rozpoczęłam kolejną wyniszczającą chemioterapię. Niestety, ten natręt nie odpuszcza, ma swoje zdanie na temat tego leczenia i mówi "NIE". Są możliwości dodatkowych konsultacji w ośrodkach medycznych, zarówno w Polsce, jak i za granicą, niestety to ogromne koszty. Zawsze wierzyłam w medycynę. Każdego dnia pojawiają się doniesienia naukowe o nowych metodach leczenia. Zbieram więc na leki onkologiczne oraz terapie wspomagające mój organizm w walce z chorobą, a także dodatkowe konsultacje, sprzęt medyczny, żywność medyczną, opatrunki. Zbieram, abym pewnego dnia mogła usłyszeć: „Jesteś zdrowa”. Jestem miłośniczką życia pełną piersią, z uśmiechem na twarzy. Kocham kontakt z naturą i podróże. Siłę i drogę odnajduję w mojej ukochanej jodze i energii, którą otrzymuję od wspaniałych ludzi. Mam cudownych przyjaciół, którzy mobilizują mnie do działania. Kocham te chwile, kiedy wszyscy gromadzimy się przy stole, ucztujemy i spędzamy razem czas wypełniając przestrzeń śmiechem i dobrą energią. Kocham gotować, zwłaszcza z moim młodszym synem Jasiem (13 lat), który dzieli ze mną tę pasję. Moim sposobem na wytchnienie jest również praca w ogrodzie, która umożliwia mi kontakt z przyrodą i ziemią. Tutaj moim wsparciem jest Filip (19 lat), starszy syn, który uwielbia projektować i od dziecka próbuje zaplanować i zorganizować nam życie na swój uroczy sposób. Jestem spełniona jako mama wspaniałych chłopców, którym jestem jeszcze bardzo potrzebna. Wraz z mężem Jackiem od lat prowadzimy małą firmę rodzinną. Niestety, jest to dla nas czas ograniczonego działania. Jednak nie poddajemy się i robimy wszystko, co możemy, aby zawalczyć o Nas, ponieważ jesteśmy dla siebie niezastąpionym wsparciem. Dziękuję za każdą pomoc i za to, że jesteście ze mną. Kasia

108 270 zł
90%
Lidia Witkowska, Gdańsk

Pomóż Lidce w walce z glejakiem!

Mam na imię Lidia i niedawno zdiagnozowano u mnie złośliwy nowotwór mózgu. Chciałabym podzielić się z Wami moją historią i poprosić o pomoc w walce o życie. Pochodzę z Ciechanowa, ale od wielu lat mieszkam w Trójmieście. Obecnie w Gdańsku. Mam cudowną rodzinę: męża, trójkę dzieci i wielu wspaniałych przyjaciół. Moja historia z glejakiem zaczęła się niepozornie, pod koniec 2021. W listopadzie zachorowałam na covid. Kiedy wydawało się, że jest już po wszystkim, zaczęły się problemy z pamięcią, trudności w utrzymaniu skupienia, spowolnienie myślenia, dezorientacja. Wszystko to wskazywało na tzw. mgłę pocovidową. Objawy jednak nasilały się na tyle poważnie, że mąż po konsultacji z zaprzyjaźnionym neurologiem zawiózł mnie do szpitala na SOR. Po wykonaniu rezonansu okazało się, że mam raka mózgu w płacie czołowym wielkości ok. 5 cm x 6 cm. Początkowa diagnoza -glejak II stopnia. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia - 23 grudnia 2021 roku znalazłam się w szpitalu i byłam operowana. Lekarze powiedzieli, że gdyby do zabiegu nie doszło tego dnia, to pewnie nie dożyłabym nowego roku... Operacja mózgu zawsze łączy się z dużym ryzykiem. Mogłam mieć po niej problemy z mową i poruszaniem się. Na szczęście zabieg przebiegł bez powikłań - mogłam normalnie mówić i poruszać się. Niestety to nie był koniec - trzeba było czekać na wyniki histopatologii, żeby dowiedzieć się, jaki rodzaj guza znajdował się w mojej głowie. Szpital opuściłam 31.12.2021 z diagnozą: glejak wielopostaciowy IV stopnia – najwyższy stopień złośliwości. Wspólnie z rodziną zdecydowaliśmy się rozpocząć leczenie oparte na radioterapii i chemioterapii. Po kilkunastu cyklach chemia została odstawiona, ponieważ bardzo pogorszyły się moje wyniki parametrów wątroby. Zakończyłam radioterapię. Za miesiąc ma być wykonany rezonans magnetyczny. Jeżeli chcielibyście mnie wesprzeć, to będę Wam ogromnie wdzięczna! Prawda jest taka, że walka z chorobą jest bardzo kosztowna, dlatego jeśli to tylko możliwe, ucieszę się z każdej możliwej pomocy. Każda mała wpłata się liczy, bardzo dziękuję za Wasze wsparcie! Nawet nie wiecie, jak bardzo! Zebrane środki planuję przeznaczyć na konsultacje z lekarzami, potrzebne badania diagnostyczne, środki farmakologiczne, terapie wzmacniające układ odpornościowy, zatrudnienie pielęgniarki, jeśli będzie taka konieczność. Bardzo dziękuję!

34 269 zł
28%
Tomasz Barwik, Słupsk

Pokonać raka - zbieram środki na leczenie

Mam na imię Tomek i w styczniu tego roku zachorowałem na raka prostaty. To było dla mnie ogromnym ciosem, nie do uwierzenia. Przed chorobą nie liczyłem dni tak, jak teraz. Żyłem, śmiałem się, martwiłem się z różnych powodów - po prostu żyłem pełna piersią. Od kiedy mam zdiagnozowanego raka, wszystko jest inne. Nigdy bym nie przypuszczał, że będę miał nowotwór i że moje życie się powoli kończy. Mam córeczkę w wieku 11 lat oraz narzeczoną, z którą teraz planujemy ślub. Każdy dzień z nimi jest dla mnie taki piękny i chciałbym, żeby takich dni w moim życiu było jeszcze dużo. Dlatego zbieram pieniądze w fundacji na lekarstwa, badania, konsultacje i dojazdy. Żeby wygrać z rakiem i go pokonać! Na świecie są leki, które coraz skuteczniej niszczą nowotwory. Ogromnych sił dodaje mi moja narzeczona oraz córeczka. Chcę widzieć, jak rośnie i być przy niej, póki nie stanie się dorosła. Dziękuję za każdą złotówkę, którą dostanę, aby pokonać raka!

144 zł
0%
Jolanta Kowalczyk, Gdynia

Kocham życie i nie dam się rakowi!

Mam 69 lat. Jestem emerytowanym nauczycielem nauczania początkowego. Chociaż pensja nie była wysoka, kochałam swój zawód. Chyba jak każdy miałam marzenia. Żyłam skromnie. Starałam się jak najwięcej odłożyć, chciałam "uzbierać" na domek z ogródkiem na wsi, aby w nim zamieszkać, gdy przejdę na emeryturę. W czasie wakacji i ferii, jako wychowawca jeździłam na kolonie i zimowiska. Udzielałam też korepetycji. Byłam szczęśliwa, bo byłam zdrowa i miałam cel w życiu, do którego przez lata dążyłam. Kiedy w 2019 roku kupiłam dom, nie posiadałam się z radości. Byłam pełna optymizmu i pozytywnej energii. Dlatego też, gdy dwa lata później postawiono mi diagnozę: rak gruczołowy płuca prawego (5,3 x 3,4), przeżyłam trudny do opisania szok. Dlaczego? Skąd? Co teraz? Przecież dopiero co ziściło się marzenie mojego życia! Pragnieniem moim było spędzenie jesieni życia w wymarzonym, wyciułanym domku!!! Zawsze byłam optymistką i wierzę w to, że będzie dobrze. Jestem poddawana chemioterapii i na pewno leczenie odniesie pozytywny skutek. Chcę żyć! Chcę być zdrowa! Jednakże oprócz wiary, potrzebne są też środki na codziennie wydatki związane z leczeniem i zapewnieniem odpowiedniej diety. Nie jestem w stanie pokryć wszystkich kosztów z niskiej emerytury (1500 zł). Dlatego proszę o wsparcie.

117 zł
0%
Beata Stelmach, Debrzno

Zbieram środki na marihuanę medyczną

Zanim skończycie Państwo czytać tę prośbę, kolejne osoby otrzymają diagnozę “rak”. Co najmniej trzy razy więcej dowie się, że ktoś z ich rodziny lub znajomych zachorował na nowotwór. Każdy z nas ma imię. Nie jesteśmy numerem statystycznym w rejestrze onkologicznym. Mam na imię Beata, mam marzenia, mam świadomość, mam raka. Wyłączyłam nieśmiertelność i nie składam broni. Mam siłę. Każdego poranka, jak otworzę oczy, uśmiecham się do siebie. Nie ma znaczenia, gdzie się budzę i jaka jest pogoda za oknem. Jestem wdzięczna za dany mi kolejny dzień. Bardzo chciałabym napisać o sobie coś tak interesującego, aby zwrócić Państwa uwagę. Moja historia jest jednak podobna do innych na tym portalu. W 2008 roku pierwsza diagnoza – nowotwór piersi. Leczony przez 5 lat. Rodzinna sielanka została przerwana w 2017 roku diagnozą – nowotwór wątroby i płuc. Podejmowane był próby mojego leczenia w różnych ośrodkach onkologicznych na terenie Polski. Ostatecznie w Warszawie dostałam nadzieję. Lekarz powiedział, że nie wyleczy mnie, ale zrobi wszystko, aby przedłużyć mi życie. Wtedy stałam się pacjentką paliatywną. Znaczy to tyle, że nie będę wyleczona, proces chorobowy nie zostanie też zatrzymany. Celem lekarza jest łagodzenie objawów choroby i uśmierzanie bólu. Wydatki na suplementy, witaminy, zastrzyki hormonalne, leki na ciśnienie pozostawiają nieduży budżet. Jednak najbardziej kosztowna jest medyczna marihuana. Jest dla mnie najlepszym środkiem na ból nowotworowy niepozwalający często wstać z łóżka. Ponadto może mieć działanie wspomagające w hamowaniu powstawania naczyń krwionośnych, które odżywiają nowotwór oraz ograniczaniu rozprzestrzenianie się komórek nowotworowych. Mieszkam w pomorskiej wiosce, Cierznie. Jestem samotną mamą dwóch synów. Młodszy uczy się w szkole średniej. Ponieważ wszystkie oszczędności „na czarną godzinę” się skończyły, starszy syn, niestety, zamiast iść na studia, wyjechał za granicę do pracy, aby dokładać pieniążki do mojej renty. Najbardziej mnie boli, że mój stan nie pozwala mi na wykonywanie żadnej pracy, przez co zmusza mnie do zaistnienia na tym portalu. Dodatkowo ponoszę duże koszty przyjazdu do Warszawy co dwa, trzy tygodnie na kilkudniowe badania i chemię. Badania są robione w warunkach ambulatoryjnych, dlatego na ich czas zmuszona jestem zatrzymywać się w hotelu. Robi mi to kolejną dziurę w portfelu. Zdaję sobie sprawę, że nie uda Wam się otoczyć opieką wszystkich potrzebujących. Jednak to nie powód, żeby nie próbować. Wiem, że pewne działania mogą się wydawać tylko kroplą w oceanie potrzeb. Ale moja kropelka i kropelka od Państwa to już dwie kropelki. Jeśli są Państwo zainteresowani wsparciem, a macie jakieś wątpliwości, zapraszam do rozmowy. Chętnie odpowiem na wszystkie pytania. Dziś położę się spać, dziękując za kolejny dzień życia...

9 902 zł
99%
Anna Konon, Bytom

Walka z rakiem mamy dwójki dzieci. Tata zginął w wypadku.

Mam na imię Ania i mam 34 lata. Do niedawna czułam się spełnioną osobą. Miałam pracę, którą bardzo lubiłam - prowadziłam swoją działalność w handlu odzieżą. Natomiast przede wszystkim miałam przy sobie miłość mojego życia. W Arturze zakochałam się już w gimnazjum. Moje największe szczęście to dwie wspaniałe córeczki, aktualnie mają 3 i 11 lat. Całe to moje życie zaczęło się burzyć na początku 2020 r. Przez pandemię i lockdowny miałam problemy z działalnością. Najgorsze wydarzyło się w Wielki Piątek... Mój Ukochany zginął w wypadku komunikacyjnym. Ja straciłam cudownego faceta, a moje dziewczynki kochającego tatusia. Mój świat się wtedy zawalił. Myślałam, że już nie dam rady się z tego pozbierać. Moje życie właśnie się skończyło. Ale musiałam... dla moich dzieci. Małymi krokami i ciężką pracą dawałyśmy radę dzień po dniu. Kolejny cios otrzymałam niedługo potem, bo był czerwiec 2021 r. Wyczułam wypukłość na prawej piersi, przestraszyłam się i szybko umówiłam się na USG piersi. Zamarłam, kiedy lekarz wykonujący badanie powiedział, że w piersi jest guz o wielkości 2,5x3 cm i węzły chłonne też są zajęte. Od razu wdrożyliśmy wszystkie procedury mające na celu jak najszybciej rozpocząć leczenie. Przechodziłam ogromne kryzysy podczas diagnozy. Tata dzieci nie żyje, a ja jestem śmiertelnie chora... JA MUSZĘ DLA NICH ŻYĆ!!! Pracowałam do ostatniego dnia diagnozy, która trwała 2,5 miesiąca. Poddałam się w trakcie czerwonej chemii, która dała mi popalić. Nie byłam w stanie nic zrobić, nie byłam w stanie wstać z łóżka, nie byłam w stanie żyć. Wylądowałam w szpitalu z neutropenią (miałam prawie zerowy stan białych krwinek). Byłam 7 dni w całkowitej izolacji. Przyjęłam dopiero dwie dawki chemii, a kolejne były pod dużym znakiem zapytania. Myślałam, że ta chemia mnie wykończy. Pani doktor onkolog kliniczna, która mnie prowadziła, powiedziała że dawno nie widziała tak wrażliwego na chemię przypadku. Na szczęście udało się. Całą chemię, czyli 4 czerwone, potem 12 białych plus blokada anty Her (mam raka nieluminalnego Her2 dodatniego) przeszłam biorąc zastrzyki na pobudzenie wzrostu białych krwinek. Wypadły mi moje długie włosy, schudłam 12 kg, miałam ogromne problemy z nieustającym bólem żołądka i zepsuł mi się wcześniej idealny wzrok, ale walczyłam i przetrwałam! Ze względu na to, że guz był zbyt blisko skóry i mięśnia piersiowego (przed podaniem chemii guz miał już 7x5,5 cm), musiałam poddać się mastektomii radykalnej i usunięciu 11 węzłów chłonnych. Teraz czeka mnie rehabilitacja i radioterapia. Ponieważ mam problemy z krążeniem (3 razy usuwane żylaki kończyn dolnych), lekarz zalecił mi wykonanie zespolenia naczyń limfatycznych, żeby uniknąć obrzęku w ręce, w której usunięto mi węzły chłonne. Niestety operacja zespolenia naczyń limfatycznych jest operacją komercyjną i kosztuje 30 tysięcy złotych. Muszę jak najszybciej wrócić do sprawności i do pracy. Ze względu na to, że chora była prawa strona, obawiam się o sprawność w tej ręce i możliwość pracy na pełnych obrotach, do której byłam przyzwyczajona. Dotąd byłam bardzo aktywną osobą. Ponadto rak którego miałam, był rakiem zrazikowym, czyli takim, który lubi się przenosić do drugiej piersi. Nie dam rady przejść przez to piekło jeszcze raz, więc chciałabym się poddać profilaktycznej mastektomii drugiej piersi, której koszt to prawie 20 tysięcy złotych. Chemia bardzo wykończyła mój organizm. W tej chwili muszę pomóc mu w regeneracji, zadbać o wypłukanie chemii i dostarczenie witamin i minerałów. Sama suplementacja i badanie poziomu witamin w organizmie to kilkaset złotych miesięcznie. Ciągle diagnozuję powód tak szybkiego i ogromnego pogorszenia wzroku. Czeka mnie wizyta w poradni rogówki oka. Zaczęłam nosić okulary -3,5 na jedno oko i - 2,5 na drugie. Nie wykryto u mnie mutacji genowej w badaniach NFZ. Powtórzyłam je prywatnie (koszt 2000 zł). Nikt w mojej rodzinie nie chorował na raka, a ja tak młoda i jestem pierwsza. Na wyniki nadal czekam. Robiłam także badanie, w którym liczone są komórki rakowe we krwi. Próbka wysyłana jest do Niemiec. Takie badanie kosztowało mnie prawie 4000 zł. Na szczęście wynik był zadowalający. Żeby badanie miało sens, muszę je powtarzać co 6-8 miesięcy, aby kontrolować spadek bądź wzrost tych komórek rakowych w obiegu krwionośnym (z nich powstają przerzuty). Zabiegam także o rezonans głowy, ponieważ rak Her dodatki jest rakiem który najczęściej atakuje OUN (mózg). Niestety lekarze na NFZ nie są skorzy do wydawania takich skierowań. Prywatnie badanie plus wizyta u neurologa to koszt 750-850 zł. Proszę o wsparcie mnie w tej walce. Muszę być zdrowa i sprawna dla moich córek, bo mają tylko mnie. :-( Dziękuję.

49 349 zł
98%
Leszek Zakrzewski-Dankert, Kluczbork

Walka z glejakiem wielopostaciowym IV stopnia

By choroba nie zabrała nadziei. Leszek - kontra guz mózgu! Kiedyś z radością i optymizmem patrzyłem w przyszłość, gdy nagle wszystko się zmieniło. Pod koniec kwietnia 2021 bez ostrzeżenia przyszła choroba. Straszna choroba. Przeciwnik niezwykle silny i podstępny - nowotwór mózgu. Diagnoza była dla nas szokiem - glejak wielopostaciowy (WHO IV), jeden z najniebezpieczniejszych nowotworów, szybko i często dający wznowy. Potem czekała mnie operacja, a z nią niepewność czy się uda, czy po operacji będę sprawny. W efekcie operacje były trzy, jedna po drugiej w odstępie dwóch tygodni (maj 2021). Tę walkę udało mi się wygrać i guz został usunięty w całości, bez powikłań. Potem nastąpiło leczenie, chemioterapia i radioterapia, a po nich kolejna, mocniejsza chemia w cyklach tygodniowych przez pół roku. Powoli wracały siły, czułem się dobrze, wydawało się, że wszystko zaczyna iść w dobrym kierunku i myślałem o powrocie do pracy. Aż przyszło kolejne badanie kontrolne i kolejny szok. Guz odrósł- WZNOWA! Walka zaczyna się od nowa, nie poddaję się. W grę wchodzi kolejna operacja i chemioterapia. Standardowe leczenie, które w moim przypadku nie pomogło. Rodzina szukała jednak innych rozwiązań. Po kontakcie z fundacją Alivia pojawia się nadzieja i realna szansa, żeby kolejny raz pokonać przeciwnika. Moją szansą na życie jest terapia NanoTherm, którą leczą pacjentów z guzami mózgu. Od trzech lat stosują i leczą tą metodą w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym w Lublinie. Jednak nie każdy pacjent może być poddany tej terapii. Muszą być spełnione określone warunki medyczne, które kwalifikują chorego do leczenia. Bałem się, czy mi się uda, czy będę mógł być leczony tą nową metodą. Na szczęście okazało się, że tak - zostałem zakwalifikowany. Jest radość i nadzieja! Niestety terapia NanoTherm, która może uratować mi życie, nie jest refundowana. Koszt leczenia to 190 000 tys. zł (za granicą 40 000 euro). Do tej pory wszystkie koszty związane z moim leczeniem udało się nam pokryć z własnych środków. Jednak koszt tej terapii jest ogromny. Nigdy nie przypuszczałem, że będę musiał prosić o pomoc, ale teraz Was proszę i dziękuję za każdy gest wsparcia. To dobro wróci do Państwa podwójnie!

7 302 zł
3%
Sylwia Kotecka, Poznań

Rekonstrukcja i mastektomia profilaktyczna

W czerwcu 2019 roku rozpoznano u mnie dwuogniskowy nowotwór piersi prawej, przewodowy, hormonozależny. Dopiero w drugim badaniu jeden guz był widoczny, drugi ze względu na położenie dopiero w trzecim badaniu. We wrześniu 2019 roku przeszłam mastektomię piersi prawej z rekonstrukcją podmięśniową. Aktualnie jestem w trakcie leczenia hormonalnego. Od 2001 roku jestem pod opieką poradni onkologicznej, przed mastektomią miałam wcześniej 2 operacje usunięcia gruczolakowłókniaków. Niejednorodna budowa oraz nowotwory w rodzinie skłoniły mnie do decyzji o mastektomii piersi lewej. Dodatkowo zostanie wykonana reoperacja piersi prawej - aktualnie mam dolegliwości ze strony położenia implantu podmięśniowo. Nie mam wskazań do operacji profilaktycznej na NFZ. Potrzebuję jej, by mieć spokój głowy i móc aktywnie żyć. Kwota jest na tyle wysoka, że potrzebuję wsparcia. Operacja jest zaplanowana na 04.04.2022 w Gdańsku u dr Maliszewskiego. Trudno mi prosić o pomoc, łatwiej mi pomagać innym. Wierzę, że się uda.

33 960 zł
84%
Jan Fulara, Warszawa

Proszę o pomoc w zebraniu środków na terapię

Mam 71 lat. Jestem ojcem trzech synów i dziadkiem czwórki uroczych wnuków. W Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie w sierpniu 2019 r. został zdiagnozowany u mnie zespół mielodysplastyczny (MDS), objawiający się upośledzonym wytwarzaniem czerwonych krwinek przez szpik kostny, z których dodatkowo część jest zdeformowana i nie w pełni funkcjonalna. Przez kilka miesięcy leczony byłem erytropoetyną podawaną w formie zastrzyków co trzy tygodnie. Jednakże wraz z postępem choroby oprócz erytropoetyny konieczne było przetaczanie koncentratu krwinek czerwonych (KKCZ), aby podnieść stężenie hemoglobiny do poziomu umożliwiającego mi w miarę normalne funkcjonowanie. W kolejnych miesiącach wymagałem częstszych przetoczeń KKCZ. Obecnie jestem po 15 przetoczeniach i przyjąłem łącznie 39 jednostek KKCZ (każda około 300 ml). Z częstym przetaczaniem krwi wiąże się kumulacja żelaza w organizmie, głównie w wątrobie, sercu i innych narządach. Przeładowanie żelazem prowadzi do marskości/włóknienia wątroby, w dalszej perspektywie do nowotworu. Przeładowanie żelazem prowadzi również do niewydolności serca, cukrzycy, zmian w układzie odpornościowym. Aby zapobiec tym negatywnym skutkom, stosuje się chelatory żelaza, które umożliwiają wydalenie tego pierwiastka z moczem i kałem. Z licznych badań klinicznych wynika, że terapia chelatująca poprawia funkcję uszkodzonych narządów, zmniejsza częstość przetoczeń KKCZ i wydłuża przeżycie chorych. Ostatnich kilka transfuzji miało miejsce w Szpitalu Wojewódzkim w Suwałkach, gdzie oprócz przetoczeń KKCZ, zastosowany został chelator żelaza – Desferal podany w formie 10-12-godzinnego wlewu dożylnego. Chelator wiąże swobodne jony żelaza znajdujące się w danej chwili w osoczu krwi. Lek ten był dość dobrze przeze mnie tolerowany. Aby terapia chelatująca była w pełni skuteczna, niezbędne jest podawanie tego leku przez 10-12 godzin przez 5-7 dni w tygodniu w ciągu kilku miesięcy. Taka terapia, ze względu na czas trwania, nie jest możliwa w żadnym z naszych szpitali. Desferal można również stosować w postaci długotrwałych infuzji podskórnych w warunkach domowych. Posiadam wyższe wykształcenie chemiczne i długoletnią praktykę laboratoryjną i czuję się na siłach wykonać wiele czynności związanych z taką terapią. Niestety Desferal nie jest refundowanym u nas lekiem. Do przeprowadzenia terapii chelatującej żelazo, oprócz Desferalu potrzebne są odczynniki do przygotowania wlewów, pompa infuzyjna oraz różnorodne materiały medyczne. Koszt takiej terapii oceniam na ok. 25000 zł. Drodzy Darczyńcy, zwracam się do Państwa z gorącą prośbą o pomoc w zgromadzeniu takich środków na sfinansowanie tej terapii. Za każdy dar serca z góry serdecznie dziękuję. Jan Fulara

891 zł
3%
Renata Marczak, Głowno

Leczenie i rehabilitacja

Mam na imię Renata. Cztery lata temu usłyszałam diagnozę, która zmieniła moje życie na zawsze. Nowotwór złośliwy piersi z przerzutami do węzłów chłonnych. Operacja, chemioterapia, radioterapia i hormonoterapia, a przede wszystkim nadzieja, że pokonałam raka. Moja radość nie trwała jednak długo. Kontrolne badania w ubiegłym roku w marcu wykazały powiększone węzły śródpiersia. Kolejne badania, biopsje, potwierdzenia progresji choroby. Zakwalifikowano mnie do leczenia w programie, które ma zatrzymać rozrost raka. Niestety badanie Pet wykazało poszerzenie zmian. Tak bardzo się boję, że nie uda się powstrzymać choroby, a ja chcę żyć. Żyć dla moich dzieci, aby móc je dalej wspierać i pomagać w trudnych decyzjach... Zawsze to ja pomagałam potrzebującym - tym razem przyszło mi Was prosić o wsparcie. Ciągłe dojazdy na badania i leczenie, dodatkowe leki oraz żywność specjalnego przeznaczenia są dla mnie bardzo kosztowne. Leczenie onkologiczne jest bardzo obciążające i wyniszczające zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Staram się nie poddawać i wierzyć, że uda mi się znaleźć skuteczną terapię, która da mi nadzieję na lepsze juto.

31 337 zł
62%
Katarzyna Jańczak, Mińsk Mazowiecki

Pomóż mi wygrać!

Mam na imię Kasia, mam 34 lata. Rozpoczynam bardzo nierówną walkę z potrójnie ujemnym rakiem piersi. Zbieram środki na pokrycie kosztów konsultacji, badań, leków, dojazdów i rehabilitacji. Potrzebuję siły do boju i Twojej pomocy w poniesieniu codziennych kosztów leczenia. Tak, aby za kilka lat nadal być MAMĄ, partnerką, córką, siostrą, pracownikiem, koleżanką!

32 509 zł
65%